Spadałam z wieżowca. W uszach świszczał mi wiatr. Mijałam z
ogromną prędkością kolejne piętra szklanego drapacza chmur. Wiedziałam, że
jeszcze moment i roztrzaskam się o ulicę. Życie przelatywało mi przed oczami, a
ja darłam się jak opętana. W ostatnim momencie uratował nas Bumblebee ;)
Pociągnął nas za sobą między wysokimi budynkami, lawirował
pośród wybuchów. I już byłam pewna, że udało nam się ewakuować, kiedy porwał
nas Megatron. Uderzał statkiem o zrujnowane budynki, wytrząsał z nas ostatnie
tchnienie. Nie mogłam nic zrobić. W przerażeniu obserwowałam rozsypujące się
mury, słyszałam pękające tafle szkła, czułam zapach palącego się miasta. To już
był koniec. Z niedowierzaniem zobaczyłam nadlatującego Optimus Prima. Uraatowaaanii!!!
Ciocia, która przyszła mnie obudzić, długo pytała czy
wszystko w porządku, i jak mi się spało, i czy ta poduszka nie za wysoka i
czemu jestem taka zielona. I jak ja jej miałam wytłumaczyć, że właśnie
wygraliśmy gwiezdną wojnę i że cieszę się, że uratował nas Optimus, a nie King
Kong, którego małpiego uścisku mogłabym nie przeżyć?! Wiedziałam, że oglądanie
horrorów przed snem mi nie służy, ale nie miałam pojęcia, że wycieczka do Universal
Studio będzie dla mnie takim traumatycznym przeżyciem.
Podobało mi się. Dawno już nie jeździłam na rollercoasterach.
Zwłaszcza na takich, których trasa prowadzi przez Park Jurajski czy podziemia
piramid Mumii. Dawno też nie widziałam tak dobrze przygotowanych przedstawień,
jak chociażby tego na podstawie filmu Water World. Aktorzy zaskakiwali nas co
chwile, a to popisową jazdą na skuterach wodnych, a to skokami do wody z
wysokości czwartego piętra, a to wybuchającymi wieżyczkami strzelniczymi czy
naturalnej wielkości samolotami wlatującymi na scenę. W najmniej spodziewanych momentach piraci wypływali
spod wody tuż koło naszych siedzeń, a dama w opałach była ratowana przez
przelatującego nad naszymi głowami bohatera.
Mieliśmy też możliwość zajrzenia za kulisy kręcenia filmów.
Czuję się oszukana. Podejrzewałam, że aktorzy nie giną na planie a i krew
czasami dziwnie mi przypominała ketchup, ale żeby zrobić sztuczny deszcz, sztuczną
powódź, sztuczne ulice, sztuczne jeziora i góry?! Czy oni udają też uczucia?! Wyobrażenia
o moich ulubionych filmach szlag trafił. Boję się jechać do Disneylandu. Szkoda
mi wspomnień z dzieciństwa.
Największe wrażenie robiły na nas jednak atrakcje w 3D. Co
tam 3D?! To było pełne 4D. Ogłupiały błędnik kazał nam wierzyć, że spadamy w
przepaść, mimo że siedzieliśmy w wózeczkach bezpiecznie przypięci pasami.
Ogniste kule rozpryskiwały się tuż przed nami, a my czuliśmy ich gorący podmuch
na twarzach. Przejeżdżaliśmy przez zadymione, zamglone miejsca i wyjeżdżaliśmy
z nich z mokrymi ubraniami. Ekrany rozmieszczone dookoła trasy zmieniały
zupełnie percepcję i stwarzały nową rzeczywistość. Pochłonęła nas magia kina.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz