Pamiętacie jak mówiłam, że wjeżdżamy do Los Angeles? Udało
nam się zwiedzić je od krańca do krańca. Widzieliśmy napis HOLLYWOOD z każdej strony,
podziwialiśmy panoramę miasta z Obserwatorium Griffitha, zajrzeliśmy do kościoła
scjentologicznego, łyknęliśmy zimne smuthies i małe frapuczinko i już byliśmy przed
kino-teatrem Kodaka. Przepychając się między turystami nie potrafiłam sobie wyobrazić
całej glamurowatości czerwonego dywanu i oskarowatości tego miejsca. Chodnik
wypełniony był szczelnie wszelkiej maści dziwakami, z którymi mogliśmy sobie zrobić
zdjęcie. Małgosia wybrała Zorro, ja podejrzliwie patrzyłam na Jacksona, Kasia mierzyła
swoje dłonie do odbić kończyn bohaterów Zmierzchu, Piotruś cykał fotki, a Maki…,
Makiego znaleźliśmy dopiero później w sklepie z pamiątkami, jak z ukrycia
podglądał cycatą blondynkę mierzącą na sucho za małą koszulkę z napisem „Hollywood,
California, I love”. Ilość tego badziewia jest zastraszająca. Oczami wyobraźni
widzę półtonące kontenerowce odbijające od chińskich wybrzeży i z hukiem dobijające
do amerykańskich doków. Nic nie kupiłam. Dostałam cholery po 3 sekundach pobytu
wśród takiej ilości tandety i masy ludzi.
Przeszliśmy się wśród butików na Rodeo Drive, popatrzyliśmy na
bogate domy w Beverlly Hills, postaliśmy w korku w drodze do Santa Monica. Wciąż
miałam wrażenie, że mogłabym w tym mieście wyjść na ulicę ubrana tak pokręcenie
jak tylko bym chciała, albo tak bardzo rozebrana jak tylko bym nie chciała i
nikt na mnie nie zwróciłby uwagi. Ludzie ściągają tu z całego kraju by stać 12
godzin na zmywaku a pozostałe 4 śpiewać, tańczyć, malować twarze i mizdrzyć się
do obiektywów, by ktoś wreszcie ich odkrył. Bo potem to już tylko szampan i
czerwony dywan.
Los Angeles to moje dotychczasowe największe rozczarowanie. Byłam zmęczona wieżowcami,
korkami, drogimi samochodami, japiszonami o jednoznacznym wyrazie twarzy. Los wariatos.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz