niedziela, 8 lipca 2012

Miasto Aniołów


Pamiętacie jak mówiłam, że wjeżdżamy do Los Angeles? Udało nam się zwiedzić je od krańca do krańca.  Widzieliśmy napis HOLLYWOOD z każdej strony, podziwialiśmy panoramę miasta z Obserwatorium Griffitha, zajrzeliśmy do kościoła scjentologicznego, łyknęliśmy zimne smuthies i małe frapuczinko i już byliśmy przed kino-teatrem Kodaka. Przepychając się między turystami nie potrafiłam sobie wyobrazić całej glamurowatości czerwonego dywanu i oskarowatości tego miejsca. Chodnik wypełniony był szczelnie wszelkiej maści dziwakami, z którymi mogliśmy sobie zrobić zdjęcie. Małgosia wybrała Zorro, ja podejrzliwie patrzyłam na Jacksona, Kasia mierzyła swoje dłonie do odbić kończyn bohaterów Zmierzchu, Piotruś cykał fotki, a Maki…, Makiego znaleźliśmy dopiero później w sklepie z pamiątkami, jak z ukrycia podglądał cycatą blondynkę mierzącą na sucho za małą koszulkę z napisem „Hollywood, California, I love”. Ilość tego badziewia jest zastraszająca. Oczami wyobraźni widzę półtonące kontenerowce odbijające od chińskich wybrzeży i z hukiem dobijające do amerykańskich doków. Nic nie kupiłam. Dostałam cholery po 3 sekundach pobytu wśród takiej ilości tandety i masy ludzi. 



































Przeszliśmy się wśród butików na Rodeo Drive, popatrzyliśmy na bogate domy w Beverlly Hills, postaliśmy w korku w drodze do Santa Monica. Wciąż miałam wrażenie, że mogłabym w tym mieście wyjść na ulicę ubrana tak pokręcenie jak tylko bym chciała, albo tak bardzo rozebrana jak tylko bym nie chciała i nikt na mnie nie zwróciłby uwagi. Ludzie ściągają tu z całego kraju by stać 12 godzin na zmywaku a pozostałe 4 śpiewać, tańczyć, malować twarze i mizdrzyć się do obiektywów, by ktoś wreszcie ich odkrył. Bo potem to już tylko szampan i czerwony dywan.
































Los Angeles to moje dotychczasowe największe rozczarowanie. Byłam zmęczona wieżowcami, korkami, drogimi samochodami, japiszonami o jednoznacznym wyrazie twarzy. Los wariatos.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz