Wyjechaliśmy późno.
Coś poranne balsamikowanie zajęło nam więcej czasu niż zwykle. Z tym
balsamikowaniem to śmieszna sprawa. Po tym jak popaliliśmy się nad morzem i
Ciocia kazała nam używać aloesowego balsamu do ciała pięć razy dziennie,
wychodzenie z domu zaczęło nam zajmować pięć razy dłużej. Zwarty i gotowy do
wyjścia Piotruś, któregoś razu nie wytrzymał i powiedział, że jesteśmy Balsamiki
squad. Przyjęło się ;) Potem podpatrzyliśmy, kto zużywał najwięcej balsamików,
jak wszyscy spali – toż to był Główny Balsamik ;)
Wyjeżdżaliśmy zatem z Salidy ociągając się niemożebnie.
Nieczęsto bywamy w mieście, w którym właśnie zaczyna się Beer fest. Piotruś
miał nietęgą minę kiedy usłyszał, że 64 firmy będą oferowały za niewielką
opłatą degustacje swoich trunków, a my musimy wyjeżdżać. Ruszaliśmy dalej na
wschód. Denver czekało na nas z niecierpliwością.
Dojazd do tego miasta wyznaczał punkt zwrotny naszej wycieczki. Potem mieliśmy już tylko wracać do domu. Dodatkowo Kasiula miała w planach odwiedzić tam swojego kolegę. Lecieliśmy szybko autostradą przez dające się rozpędzić wzrokowi przestrzenie. Zielone pola na widnokręgu ograniczały góry. Krajobraz ożywiały odbijające chmury jeziorka i leniwie poruszające się stada bydła. Taki krajobraz widziałam tylko w Kaliningradzie. Teoretycznie na pustyni w Nowym Meksyku też niewiele ograniczało wzrok, podobnie w Petrified Forest. W tym pierwszym miejscu cieszyłam się kolorami, w tym drugim urzekał mnie niespotykany księżycowy krajobraz. Dopiero w Kolorado jednak zrozumieliśmy na czym polegała różnica. Tutaj też mogliśmy patrzeć na puste przestrzenie, ale tutaj dodatkowo było zielono. Maki prowadził, słuchaliśmy chilloutu i jedliśmy czereśnie. Na moment zatrzymaliśmy się nad jednym z urokliwych jeziorek, czas jednak nas gonił.
We wcześniej upatrzonym hotelu miedzy piątą a szóstą przewidziano degustację lokalnych win. Odpuściliśmy Beer fest, tego już odpuszczać nie zamierzaliśmy. Wjeżdżaliśmy do Denver od zachodu – na dzień dobry zatem zobaczyliśmy chlubę tego miasta – trzy stadiony sportowe, każdy wielkości naszego narodowego: do baseballa, footballa amerykańskiego i koszykówki/hokeja.
Zaczekinowaliśmy się w hotelu, łyknęliśmy ciut winka i wyskoczyliśmy na crepy z Nikiem. Może to to winko, a może klimat tego miasta sprawił, że spodobało nam się od razu. Do późna w nocy chodziliśmy w krótkich spodenkach i bluzeczkach na ramiączkach. Zajrzeliśmy nad rzekę tuż przy downotwn, gdzie akurat domorośli raperzy kręcili swój teledysk. Usiedliśmy na pokrytym gęstą trawą wzgórzu. Jakieś małżeństwo chyba coś świętowało – ustawili krzesełka wprost na zachód słońca i pili winko w wysokich kieliszkach. Pan policjant podszedł do nich żeby życzyć im wszystkiego dobrego. Jakie to miłe uczucie, kiedy mniej mnie to dziwi. Patrzyliśmy jak małe dzieci turlają się z górki. Zaczęliśmy fikać koziołki. Okazało się, że Maki jest najlepszym turlaczem-długodystansowym, Piotruś potrafi zrobić pięć fikołków pod rząd, a ja zrobić nienajgorszą gwiazdę. Byliśmy szczęśliwi patrząc na powoli podświetlające się miasto.
Wracaliśmy do hotelu główną ulicą Denver. Mijaliśmy otwarte kluby, z których wysypywała się kolorowa młodzież: dziewczyny na niebotycznie wysokich obcasach i chłopcy w obowiązkowych kraciastych koszulach. Zaglądaliśmy do sushi barów pełnych wyprostowanych japiszonów. Zaplątaliśmy się nawet w jakieś podejrzane uliczki, gdzie słodko pachniała palona trawa. Do późnych godzin nocnych deptak żył swoim życiem. Turkotały na bruku ciągnione przez konie dorożki i prowadzone przez studenciaków riksze. Starsi panowie grali na środku ulicy w szachy tuż koło długowłosych chłopaków grających na ogólnodostępnych pianinach evergreeny Coldplaya. Zaraz dalej pachniało kukurydzą, bo na wystawionym ekranie leciał w kinie pod chmurką film „Grease”. Wjechaliśmy na 27. piętro jednego z najwyższych hoteli w mieście. Z góry miasto nocą też wyglądało pięknie.







Tak mi się skojarzyło z Denver:
OdpowiedzUsuńhttps://www.youtube.com/watch?v=w7xBt-W3ZHQ&hd=1
ktoś jeszcze pamięta Denvera?