sobota, 21 lipca 2012

Kaniony Zionu

Park w Zionie zwiedzaliśmy dwojako. Najpierw przejechaliśmy przez jego część samochodem. Za oknem mijały nam niesamowite widoki. Zupełnie jakby ktoś wylał różowe ciasto albo rudą lawę i pozostawił do wyschnięcia. W dotyku góry były miękkie – kruszyły się przy najlżejszym potarciu. Zostawiliśmy wiec je w spokoju i przejechaliśmy się tylko już wcześniej wyciętymi w nich tunelami.
Na drugą część wycieczki wyruszyliśmy pieszo. Początkowo szlak prowadził drogą. Później jednak kończył się w rzece. Ci, którzy nie znali jego dalszego biegu zawracali na pięcie. Ci, którzy wcześniej sprawdzili na mapie, albo mieli pod ręką Makiego z Piotrem wiedzieli, że szlak wiedzie dalej… rzeką.
Zrobiliśmy sobie spacer w górę Virgin river. Zwykle brodziliśmy w wodzie do połowy łydki, czasem jednak moczyliśmy się ponad dupkę. Próbowaliśmy utrzymać równowagę na śliskich kamieniach i cieszyliśmy się, że nurt nie jest jeszcze szybszy, a woda jeszcze zimniejsza. Trochę czuliśmy się jak młodzi odkrywcy docierający w coraz mniej uczęszczane miejsca kanionu. Za każdym rogiem czekała na nas jakaś nowość. A to podziwialiśmy odważnych wspinaczy zjeżdżających na linach wzdłuż wodospadu, a to patrzyliśmy na skały pokryte wiszącymi ogrodami czy gładkie wyżłobienia w pionowych ścianach kanionu. Trudno nam było zawrócić, bo a nuż za rogiem jest jeszcze ciekawiej ;)










































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz