Park w Zionie zwiedzaliśmy dwojako. Najpierw przejechaliśmy przez
jego część samochodem. Za oknem mijały nam niesamowite widoki. Zupełnie jakby
ktoś wylał różowe ciasto albo rudą lawę i pozostawił do wyschnięcia. W dotyku
góry były miękkie – kruszyły się przy najlżejszym potarciu. Zostawiliśmy wiec
je w spokoju i przejechaliśmy się tylko już wcześniej wyciętymi w nich
tunelami.
Na drugą część wycieczki wyruszyliśmy pieszo. Początkowo
szlak prowadził drogą. Później jednak kończył się w rzece. Ci, którzy nie znali
jego dalszego biegu zawracali na pięcie. Ci, którzy wcześniej sprawdzili na
mapie, albo mieli pod ręką Makiego z Piotrem wiedzieli, że szlak wiedzie dalej…
rzeką.
Zrobiliśmy sobie spacer w górę Virgin river. Zwykle brodziliśmy
w wodzie do połowy łydki, czasem jednak moczyliśmy się ponad dupkę. Próbowaliśmy
utrzymać równowagę na śliskich kamieniach i cieszyliśmy się, że nurt nie jest
jeszcze szybszy, a woda jeszcze zimniejsza. Trochę czuliśmy się jak młodzi odkrywcy
docierający w coraz mniej uczęszczane miejsca kanionu. Za każdym rogiem czekała
na nas jakaś nowość. A to podziwialiśmy odważnych wspinaczy zjeżdżających na
linach wzdłuż wodospadu, a to patrzyliśmy na skały pokryte wiszącymi ogrodami
czy gładkie wyżłobienia w pionowych ścianach kanionu. Trudno nam było zawrócić,
bo a nuż za rogiem jest jeszcze ciekawiej ;)










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz