wtorek, 17 lipca 2012

Rocky Mountain

Dziś rano pojechaliśmy do kościoła. Za dnia Denver zrobiło na nas zupełnie inne wrażenie. Dopiero teraz zobaczyliśmy je jako miasto architektonicznych kontrastów. Nowoczesne wieżowce sąsiadują tutaj z klasycznymi budynkami. W ciemnych, szybach elewacyjnych korporacji odbijają się starożytne kolumny i rzeźbione fasady kościołów, sądów i budynków administracji publicznej. Nasz kościół też wciśnięty był miedzy dwa wieżowce. Po rachitycznych, nieróżniących się od okolicznych domów świątyniach Kalifornii weszliśmy do ciężkiego, kamiennego kościoła. Wcześniej chyba nie myślałam o tym, jak bardzo utrwalone mam wzorce niektórych miejsc. Marmurowe wnętrze dawało przyjemny chłód, pachniało kadzidłem, inkrustowane naczynia mszalne odbijały światło żyrandoli. Jeden z kościelnych zaczepił Makiego, czy nie moglibyśmy służyć do mszy. Pierwszy raz w życiu przyniosłam dary do ołtarza. Wychodziliśmy ze świątyni z poczuciem zrobienia czegoś właściwie i do końca.


W planach mieliśmy przejechanie górskimi drogami przez Park Gór Skalistych (Rocky Mountain National Park). Zanim jeszcze wjechaliśmy do parku spotkaliśmy stadko około trzydziestu elków – jak na moje oko coś pomiędzy sarną, jeleniem i łosiem. Zwierzaki pasły się na przydrożnej łące. Ludzie stawali, robili im zdjęcia. Zwierzęta nie zauważały intruzów. Z poziomu 1500 m n.p.m., na jakim leży Denver, powoli wjeżdżaliśmy na wysokość około 3700 m. Jechaliśmy powoli, bo raz, że z jednej strony mieliśmy cały czas przepaść, dwa, że widoki zapierały dech w piersiach. Tatku, to jest miejsce idealnie dla Ciebie ;) Całość wyglądała, jak nasze Tatry Wysokie tylko, że XXL. Na ogromnej przestrzeni leżały porzucone niedbale przez lodowiec ośnieżone skaliste góry. Z Denver wygonił nas duszny upał – 35 C w cieniu, tutaj, 3 godziny jazdy dalej, mieliśmy już tylko 5C i lodowaty wiatr. W zachwycie podziwialiśmy monumentalne granie, wodospady i osuwiska skalne. Wśród szarych zapadlisk odkrywaliśmy lodowate jeziorka cyrkowe. Śledziliśmy meandrujące wśród zieleni rzeki i chłonęliśmy ciszę. Jedyne dźwięki, jakie do nas dochodziły, to dalekie odgłosy szybujących ptaków,  popiskujące tuż koło nas szare myszki pika i gwiżdżące delikatnie świstaki. Bez kitu możecie nam zazdrościć takiego doświadczenia natury ;)
Przemierzając tundrę, gdzie przez 5 miesięcy w roku temperatura nie przekracza zera stopni, planowaliśmy kolejną wyprawę. Tym razem na dwa tygodnie w całości poświęcone Rocky Mountain. Jedyne czego jeszcze nie wyfigurowaliśmy, to sposobu na ogrzewanie namiotów. Do przyszłego roku mamy jednak jeszcze moment.
Zjeżdżaliśmy z gór prosto w zielone lasy. Drogę przecięło nam stadko dzikich indyków. A potem stawaliśmy co chwilę, aby podziwiać pasące się tuż koło drogi elki. Panie strzygły uszami pozując cierpliwie, panowie dumnie prężyli pierś i okazałe poroże. Zwierzęta wcale się nas nie bały. Dobrze wiedziały, że to ich teren i że nic im z naszej strony nie grozi. Nigdy jeszcze nie byłam tak blisko dzikiego łosia, żeby słyszeć jak skubie trawę.
Monumentalne góry, krajobraz tundry przechodzący w zielone lasy, bogactwo zwierzyny… Byliśmy oczarowani. Na deser Góry skaliste przygotowały dla  nas jeszcze jedną niespodziankę. U ich stóp rozciągały się dwa ogromne jeziora, po których można pływać na żaglówkach. Sprawdzaliśmy ile kosztuje tutaj kupno domu ;)







































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz