Chyba jesteśmy już ciut zmęczeni hotelami – ich
jednostajnością i idealnością. Dlatego też wczoraj przenocowaliśmy w małym
domku letniskowym. Dzięki temu mogliśmy zamienić poranną muffinkę na pyszną
jajecznicę. Wynieśliśmy stół na zewnątrz, nakryliśmy go naprędce obmyślonym obrusem,
zasiadając do jedzenia wylaliśmy herbatę z kubeczków. Brakowało nam tylko bujania
;)
Wybraliśmy się na mały spacer po parku Rio Grange. To najprawdopodobniej gdzieś tutaj ma swoje źródło rzeka o tej samej nazwie. Po kilku dniach na pustyni cieszyliśmy oczy, uszy i nosy bogactwem przyrody. Czuliśmy się trochę jak w mokrych Bieszczadach. Przeczekaliśmy deszcz i zaczęliśmy się piąć wąską, leśną ścieżką do celu – jeziora o mlecznej barwie, zwanego przez miejscowych Opal Lake. Przez wysokie olchy przeświecało słońce. Mokre krzewinki i krzaczki poszycia wyglądały w nim, jakby były jeszcze zieleńsze. Schylając się po poziomki zaczepialiśmy o mokre, wiotkie gałązki. Nareszcie rozpoznawaliśmy znane nam z Polski rośliny. To jednak nie flora zrobiła na nas największe wrażenie. Wszyscy wiedzą, że na wakacje zawsze jadę w krzaki i że nie raz już podglądałam jakieś zwierzaki. Tutaj jednak byłam w głębokim szoku. Nie wiedziałam jeszcze takiej ilości zwierząt w tak krótkim czasie. Początkowo zatrzymywaliśmy się i robiliśmy zdjęcie każdej napotkanej sarnie i koziołkowi. Potem zaczęliśmy je traktować podobnie jak pasące się na polanach konie i krowy, zwłaszcza, że często pasły się tuż koło siebie ;) Słyszeliśmy ogromną ilość ptaków, przez drogę przebiegł nam dziki indyk, tuż obok nas przysiadł się jeszcze bardziej żółty od żołny ptaszek. A ja obczaiłam, że chipmunków są co najmniej dwa rodzaje – te, które ciekawie nam się przyglądają czyszcząc swoje rude kitki i te, które zmykają w podskokach przebierając zabawnie szarymi łapkami.
Wybraliśmy się na mały spacer po parku Rio Grange. To najprawdopodobniej gdzieś tutaj ma swoje źródło rzeka o tej samej nazwie. Po kilku dniach na pustyni cieszyliśmy oczy, uszy i nosy bogactwem przyrody. Czuliśmy się trochę jak w mokrych Bieszczadach. Przeczekaliśmy deszcz i zaczęliśmy się piąć wąską, leśną ścieżką do celu – jeziora o mlecznej barwie, zwanego przez miejscowych Opal Lake. Przez wysokie olchy przeświecało słońce. Mokre krzewinki i krzaczki poszycia wyglądały w nim, jakby były jeszcze zieleńsze. Schylając się po poziomki zaczepialiśmy o mokre, wiotkie gałązki. Nareszcie rozpoznawaliśmy znane nam z Polski rośliny. To jednak nie flora zrobiła na nas największe wrażenie. Wszyscy wiedzą, że na wakacje zawsze jadę w krzaki i że nie raz już podglądałam jakieś zwierzaki. Tutaj jednak byłam w głębokim szoku. Nie wiedziałam jeszcze takiej ilości zwierząt w tak krótkim czasie. Początkowo zatrzymywaliśmy się i robiliśmy zdjęcie każdej napotkanej sarnie i koziołkowi. Potem zaczęliśmy je traktować podobnie jak pasące się na polanach konie i krowy, zwłaszcza, że często pasły się tuż koło siebie ;) Słyszeliśmy ogromną ilość ptaków, przez drogę przebiegł nam dziki indyk, tuż obok nas przysiadł się jeszcze bardziej żółty od żołny ptaszek. A ja obczaiłam, że chipmunków są co najmniej dwa rodzaje – te, które ciekawie nam się przyglądają czyszcząc swoje rude kitki i te, które zmykają w podskokach przebierając zabawnie szarymi łapkami.
Jezioro wyglądało jak mleczna perełka. W tle wznosiły się wysokie góry, o ostrych zboczach, wokół rozciągała się miękka łąka pełna kwiatów. Mieliśmy plan, żeby się wykąpać w opalowej wodzie. Większości z nas wystarczyło jednak zanurzenie stóp w lodowatej wodzie, żeby przekonać się , że to nie najlepszy pomysł. Tylko Piotruś był hardkorem i zanurzył się bardziej niż do kolan. Biliśmy mu brawo na rozgrzewkę ;) Na koniec zrobiliśmy dla jednej z naszych koleżanek fotkę. Wiecie dla kogo?
Obiad wypadł nam w rybnej knajpce. Za piątkowe mięsiwo robił rekin, kraby, małże, tuńczyk, kalmary i pyszne krewetki. Nie mieliśmy już miejsca na deser ;)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz