Po kamiennych łukach przyszedł czas na słupki. Wjechaliśmy do Bryce Canyon National Park. To już któreś miejsce z kolei, które z zewnątrz wygląda zupełnie niepozornie, natomiast wewnątrz kryje perełkę. Perełka Bryce ma kształt amfiteatru o wielkości 2x4 km. Amfiteatr codziennie gromadzi tysiące hoodoos czyli kamiennych słupków o najróżniejszych kształtach. Wszystkie one zwrócone są na wschód – jakby codziennie od nowa oglądały niesamowity spektakl początku dnia.
My do Bryce przyjechaliśmy dobrze po południu. Wszystkie
miejsca od dawna były już zajęte. Usiedliśmy zatem na krawędzi amfiteatru –
leśnej ścieżce, z której roztaczał się widok na okolicę. Nie patrzyliśmy na
spektakl, ale raczej na widzów. Naturalne rzeźby stały w równych rzędach. Im dłużej
na nie patrzyliśmy tym więcej kształtów rozpoznawaliśmy. Całość przypominała pojedynczych
ludzi lub ich całe grupy, znane i nieznane nam zwierzęta, smoki, anioły, chmury…
Ograniczała nas tylko nasza wyobraźnia ;)
Stanęliśmy w kilku najciekawszych punktach parku, między
innymi w Punkcie Inspiracji, Wschodu i Zachodu słońca. Na koniec zeszliśmy
pomiędzy rzeźby. Chłodny wieczór i większa wilgotność sprawiła, że zejście to było
nieporównywalnie przyjemniejsze niż schodzenie w dół Wielkiego Kanionu. W ogóle
chyba to miejsce bardziej nam się podobało niż Wielka Otchłań ;) Wieczorem
amfiteatr szybko pokrywał się cieniem. Pozostawiliśmy wiecznie czuwających
widzów ich myślom. Natknęliśmy się jeszcze na czujne pieski preriowe (prairie
dogs) i absolutnie piękne mulaki (mule
deers), te ostatnie chyba posłużyły za wzór Disneyowskiego jelonka Bambi ;)
P.S. Piknik przy rzeczce udał nam się wyśmienicie. Uwielbiam
wodę.

























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz