sobota, 21 lipca 2012

Na leniwca

Codziennie jest to samo. Rano ktoś mówi:
- Ej, chodźcie dzisiaj wrócimy wcześniej z wycieczki i na spokojnie zjemy obiad, rozłożymy się w hotelu, pójdziemy na basen, pogramy w Settlersów…
A cała grupa odpowiada mu gromkim:
- Hahaha ;0
Codziennie planujemy takie spokojniejsze, wieczorne pobalsamkowanie.  Wychodzi jednak tak, że do końca dnia chcemy być w atrakcyjnym miejscu.  Potem idziemy coś zjeść, dojeżdżamy do hotelu, rozkładamy się w pokoju, robimy trzy kółka na basenie i… już jest druga w nocy. Maki siada do Reddita, Małgosia do zdjęć, Piotruś do filmików, ja do notki a Kasia cichutko popiskuje, że jutro to już na pewno wcześniej wrócimy.  I tak w kółko.
Dlatego też postanowiliśmy przerwać krąg codziennego zmęczenia i stanęliśmy w Zion na dwa dni. Nie zrywaliśmy się na śniadanie, tylko pospaliśmy jak normalni ludzie do 12 ;) Poszliśmy na pyszne amerykańskie śniadanie (obstawiam, że przy takiej codziennej diecie po miesiącu byłoby mnie dwa razy więcej) i ruszyliśmy na poszukiwanie wody. Balsamiki śmieją się ze mnie, że sensuję wodę lepiej niż spragniony delfinek. I coś w tym jest. Nie pamiętam nazwy miasta, gdzie nocowaliśmy, ale dobrze pamiętam, jak wyglądał w danym hotelu basen. Wciąż mam przed oczami jeziorka i jeziora Rocky mountain. Nadal czuję na skórze duże, padające nam na twarz i dłonie, krople deszczu na środku pustyni w Petrified forest. Przypominam sobie burzę, która utrudniała nam dojazd na nocleg przed Four corners i tę, która wygoniła nas z Mesa Verde. Pamiętam, jak bardzo chciałam usłyszeć rwącą rzekę Kolorado na dnie Wielkiego Kanionu i jaka byłam szczęśliwa, gdy znaleźliśmy się w Denver na nadbrzeżu Denverki. Zgadnijcie zatem czego mi brakowało w czasie naszego leniwego dnia ;)
Kupiliśmy kanapki i wybraliśmy się z zamiarem piknikowania nad upatrzony wcześniej strumyczek Zajonu. Cóż za przykra niespodzianka spotkała nas w visitor center – od dawien dawna nie było w Stanach takiej suszy i sorry, ale wszystkie strumyczki po prostu wyschły ;( Z pikniku nic już w planach nie zostało. Cyknęliśmy kilka fotek, wpadliśmy na pomysł zrobienia naszych, pathfinderowych literek (a właśnie jak Wam się podobają?) i zaczęliśmy wracać do domu.
Wysensowałam je ;) Leżało po lewej stronie drogi. Duże, rozłożyste, odbijające niebo. Stało sobie takie niezagospodarowane, samotne. Nie dało się inaczej musieliśmy się w nim kąpnąć ;) Przy bliższym poznaniu jeziorko traciło. Od dawna nie zasilane deszczami wysychało na potęgę. Pachniało mułem i brzmiało szczebiotliwymi jaskółkami uganiającymi się za błękitnymi ważkami. Ekipa rozłożyła się z kartami a ja poszłam się zmoczyć. Niektórych przyjemności po prostu nie potrafię sobie odmówić. Zamuliłam stopy nie do odmycia, coś mnie ugryzło, pachniałam do końca dnia szuwarem. Eh i tak warto było ;)
A wieczorem była biba z piwkiem, bo w Utah, stanie mormonów, nie wolno sprzedawać alkoholu po 19. I… poszliśmy znowu spać po 2 ;)



































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz