- Ej, chodźcie dzisiaj wrócimy wcześniej z wycieczki i na
spokojnie zjemy obiad, rozłożymy się w hotelu, pójdziemy na basen, pogramy w
Settlersów…
A cała grupa odpowiada mu gromkim:
- Hahaha ;0
Codziennie planujemy takie spokojniejsze, wieczorne
pobalsamkowanie. Wychodzi jednak tak, że
do końca dnia chcemy być w atrakcyjnym miejscu. Potem idziemy coś zjeść, dojeżdżamy do hotelu,
rozkładamy się w pokoju, robimy trzy kółka na basenie i… już jest druga w nocy.
Maki siada do Reddita, Małgosia do zdjęć, Piotruś do filmików, ja do notki a
Kasia cichutko popiskuje, że jutro to już na pewno wcześniej wrócimy. I tak w kółko.
Dlatego też postanowiliśmy przerwać krąg codziennego
zmęczenia i stanęliśmy w Zion na dwa dni. Nie zrywaliśmy się na śniadanie,
tylko pospaliśmy jak normalni ludzie do 12 ;) Poszliśmy na pyszne amerykańskie
śniadanie (obstawiam, że przy takiej codziennej diecie po miesiącu byłoby mnie
dwa razy więcej) i ruszyliśmy na poszukiwanie wody. Balsamiki śmieją się ze
mnie, że sensuję wodę lepiej niż spragniony delfinek. I coś w tym jest. Nie
pamiętam nazwy miasta, gdzie nocowaliśmy, ale dobrze pamiętam, jak wyglądał w
danym hotelu basen. Wciąż mam przed oczami jeziorka i jeziora Rocky mountain.
Nadal czuję na skórze duże, padające nam na twarz i dłonie, krople deszczu na
środku pustyni w Petrified forest. Przypominam sobie burzę, która utrudniała nam
dojazd na nocleg przed Four corners i tę, która wygoniła nas z Mesa Verde.
Pamiętam, jak bardzo chciałam usłyszeć rwącą rzekę Kolorado na dnie Wielkiego
Kanionu i jaka byłam szczęśliwa, gdy znaleźliśmy się w Denver na nadbrzeżu Denverki.
Zgadnijcie zatem czego mi brakowało w czasie naszego leniwego dnia ;)
Kupiliśmy kanapki i wybraliśmy się z zamiarem piknikowania nad
upatrzony wcześniej strumyczek Zajonu. Cóż za przykra niespodzianka spotkała nas
w visitor center – od dawien dawna nie było w Stanach takiej suszy i sorry, ale
wszystkie strumyczki po prostu wyschły ;( Z pikniku nic już w planach nie
zostało. Cyknęliśmy kilka fotek, wpadliśmy na pomysł zrobienia naszych,
pathfinderowych literek (a właśnie jak Wam się podobają?) i zaczęliśmy wracać
do domu.
Wysensowałam je ;) Leżało po lewej stronie drogi. Duże,
rozłożyste, odbijające niebo. Stało sobie takie niezagospodarowane, samotne. Nie
dało się inaczej musieliśmy się w nim kąpnąć ;) Przy bliższym poznaniu jeziorko
traciło. Od dawna nie zasilane deszczami wysychało na potęgę. Pachniało mułem i
brzmiało szczebiotliwymi jaskółkami uganiającymi się za błękitnymi ważkami.
Ekipa rozłożyła się z kartami a ja poszłam się zmoczyć. Niektórych przyjemności
po prostu nie potrafię sobie odmówić. Zamuliłam stopy nie do odmycia, coś mnie ugryzło,
pachniałam do końca dnia szuwarem. Eh i tak warto było ;)
A wieczorem była biba z piwkiem, bo w Utah, stanie mormonów, nie
wolno sprzedawać alkoholu po 19. I… poszliśmy znowu spać po 2 ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz