czwartek, 5 lipca 2012

Huntington welcome to...


Plaża sprawia frajdę wszystkim niezależnie od wieku ;) Wybraliśmy się wiec z Ciocią i Wujkiem na trzy dni nad ocean. Wynajęliśmy domek w Huntington Beach. Od wody dzieliło nas pół godziny w klapkach. Oblookaliśmy zatem nadmorskie miasteczko. Każdy domek jest tu inny, choć wszystkie są niskie, z niewielkimi trawniczkami z przodu i ogródkami z tyłu. Większość budynków  przybrano już w amerykańskie flagi, wstęgi, kokardy. 4-tego lipca zbliża się już przecież wielkimi krokami (my również mamy nadzieję spędzić go tak amerykańsko, jak tylko możemy).
Wracając jednak do plaży, to jeśli kiedykolwiek  byliście nad polskim morzem, to macie już pełen obraz krajobrazu, jaki tutaj zastaliśmy. Wszystkie drogi w miasteczku prowadzą na plażę. Sklepiki pełne są kolorowych bucików, kostiumików, ręczniczków, sunbloczków, breloczków , pocztówek, magnesików i innych trąbek. Nie macie szansy przejść deptakiem niezjadłszy lodów, nieusłyszawszy głośnych wydechów sportowych samochodów rozchełstanych żigolaków, nieobróciwszy się za zgrabnymi blondyneczkami w obowiązkowych kozaczkach (37 stopni Celsjusza!)… Niby podobnie jak w Chałupach, a jednak jakby bardziej czysto, kolorowo, światowo. Nie potrafię powiedzieć na czym polegają różnice. To chyba dość ulotne wrażenie wynikające z innego klimatu, poziomu zamożności kraju, nastawienia do życia… Serio nie mam pojęcia dlaczego, ale wszystko jest tutaj jakby bardziej. Niebo wydaje się błękitniejsze, bo nie ma na nim absolutnie żadnych chmur. Piasek wydaje się jakby bardziej złoty, bo pełen jest złotych drobinek miki.
I tylko dzieci bawią się tak samo radośnie stawiając zamki z piasku i uciekając przed falami oceanu. Drą się przy tym wniebogłosy zagłuszając nawet mewy i pelikany. Ukryte pod kolorowymi pareo matki opalają się, stojąc po kostki w wodzie, ojcowie pilnują zaś dobytku. O dobytku warto napisać nie  tylko dwa słowa. Jeśli nad Bałtyk bierzemy parawanik od wiatru i obowiązkowe piwko to tutaj rodziny czy grupy znajomych przyjeżdżają z małymi domami. Pod namiotami mieszczą się trójczłonowe grille, stoły, leżaki, ręczniki, coolboxy na kółkach, rowery, piłki plażowe.... Szczerze powiedziawszy dziwie się tym wszystkim ludziom, że chciało im się tyle rzeczy przynosić, by za kilka godzin zabierać je z powrotem do samochodów.



Pograliśmy we frisbee, powalczyliśmy z falami na boogie boardingu, porzucaliśmy bulami, przejechaliśmy się na rowerach, popatrzyliśmy na surferów i już zbieraliśmy się do domu kiedy pojawiły się one. Płynęły ławicami, wystawiały górne płetwy do słońca, wynurzały się i chowały między falami. Zakładam się, że gdyby nie czujne spojrzenia matek, to delfiny podpłynęłyby jeszcze bliżej plaży i wesoło zaczęły się pluskać z dzieciakami ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz