Ciężko mi się ostatnio pisało. Jednak najbardziej lubię notować od razu, z pomysłem, bez zbytniego patosu, niepotrzebnych dywagacji, nie przejmując czyjegoś głosu. Tylko ot tak po prostu z nadzieją, z jajem, od siebie.
Temat "Jak żyć" wśród mojego pokolenia na tyle mnie zafrapował, że musiałam coś na ten temat napisać, wyrzucić z siebie historie moich znajomych, poszukać choć trochę rozwiązania, znaleźć się samemu w tym dyskursie. Czy mi się udało? Nie bardzo. O ile temat mnie zafascynował i faktycznie podeszłam do niego metodycznie i z dużym entuzjazmem, to opisanie tego w sumie nieprostego mechanizmu w kilkudziesięciu słowach nie szło mi w ogóle. Może za mało z tematem się przespałam, może bałam się banału. Sama nie wiem. Wiem, że to nie moje. Politykowanie, narzekanie i obarczanie winą za cokolwiek kogokolwiek poza mną samą zostawiam innym.Dziś poniedziałek. Nie znoszę wstawać, a już poniedziałkowe pobudki to masakra masakr. Zawsze wtedy wiem, jak się czują delfiny w czasie rytualnych rzezi, heretycy w czasie krucjat, moja Mama przed poranną kawą... Słowem nie znoszę. I tak się dzisiaj sobie przyjrzałam, że budzik mam zawsze nastawiony na 6:30, choć nigdy nie wstaję przed czwartym dzwonkiem-drzemką czyli ok. 7:00. Zawsze najpierw podchodzę do okna po haust porannego rześkiego powietrza. Wracając zgarniam przygotowane dnia przedniego ubranie. W łazience myje twarz i patrzę na malunkowe kosmetyki przed lustrem zastanawiając się kiedy ich wreszcie użyję. Ważę się, wciąż dziwiąc się, jak to możliwe, że nadal mieszczę się w swoje spódnice. Ubieram się i myje włosy. Potem już jest z górki. W kuchni lookam na termometr (i tak nie zapamiętam, ile jest kresek i będę musiała to sprawdzić raz jeszcze przed wyjściem wchodząc w butach do kuchni i sama się na siebie denerwując, że przecież dopiero co odkurzałam). Wracając od termometru wstawiam czajnik i włączam radio. Zawsze gra chillizet. Przygotowuję śniadanie: lurowatą, czarną herbatę i dwie kanapeczki z białym serem na pierwsze i kanapkę z wędliną, serem i sałatą na drugie śniadanie. Jem susząc włosy w pokoju - ot w ramach przekory wobec rodziców, co to zawsze się darli, że w pokoju jeść nie należy. Sprawdzam w ten sposób przydatność ich porad życiowych: jak na razie kanapa nie jest zalana a dywan zniszczony, ale możliwe, że dotychczasowa próba jest za krótka. Wysuszone włosy zwykle rozczesuję patrząc na tablice z kolczykami, dobieram jakieś najczęściej pod kolor kiecki i już zaczynam zbierać elementy dzisiejszej torebki: kanapkę, jabłko i dwa inne sezonowe owoce, obiad, rzeczy na siłkę, portfel, komórkę i klucze. Zakładam kurtkę wchodząc do kuchni w butach, by raz jeszcze looknać na termometr. Zapamiętuję kolor wschodu słońca i wierzę, że przecież nie wyszłabym niezamknąwszy drzwi.
I tak sobie myślę, czy w tej zrytualizowanej codzienności nie przydałaby mi się chwila szaleństwa... a może to właśnie szaleństwo porządku jest moim udziałem ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz