Rzucaliśmy się śnieżkami, przewracaliśmy w śniegu, piliśmy magiczną herbatę i wchłanialiśmy las. Już nie w ciszy. O nie, w ciszy to można chodzić samemu, no w dwie osoby, ale nie w pięcioro! Tak jak poprzednio odkrywałam ciszę, tak teraz chłonęłam zapachy i kolory. Nie miałam zielonego pojęcia, że w nagim, zimowym lesie jest tyle zieleni. Ciemne, bezlistne jagodziny przebijały kopki śniegu, iglaste gałęzie sosen strącały z siebie lśniący w słońcu puch, niesforny, neonowo zielony mech wkraczał na ścieżkę... A wydawało się, że tutaj to tylko nagie brunatne gałęzie i biel, biel, biel.
Śnieg wygłusza wszystko, nie tylko wycisza dźwięki, on także odbiera rzeczom zapachy. Spróbujcie sami w leśnej głuszy zjeść pachnącą chlebem i mięsem kanapkę, albo pocałować chłopaka w skropiony wodą kolońską policzek, zajrzyjcie do pełnego domowych zapachów plecaka i skruszcie w ręku leśne zioło. W tej zapachowej głuszy znane Wam zapachy odurzą Was z niespotykaną siłą.
Dobrze mi było. Znów nie zorientowałam się, jak przeszliśmy 30 km. Znów po powrocie padałam jak zabita, znów nabrałam kolorów. Na cały kolejny tydzień ;)
![]() |
| Pokaż Ładowanie baterii w Kampinosie na większej mapie |















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz