Jak wróciliśmy z Kanionu nie miałam siły pisać. Byłam wyczerpana
fizycznie i emocjonalnie. O skali zmęczenia niech świadczy fakt, że przestałam
mówić ;) Mamunia, chyba wyczuła klimat, bo już następnego dnia miałam na
poczcie maila z pytaniami jak było, dokąd zeszliśmy i w ogóle halo, halo tu
brzoza… Eh te Mamunie, przenikliwe i nieocenione ;)
Dziś jedziemy przez Nowy Meksyk i wspominamy pierwsze trzy
dni naszej eskapady. To już trzeci stan, przez który przejeżdżamy. Pierwszego
dnia zaskoczyła nas amplituda temperatury. Wyjeżdżaliśmy z Kalifornii przy 35
C, na granicy z Arizoną, gdzie stanęliśmy tylko na fotkę, mieliśmy już 50 C, a
wjeżdżając na płaskowyż parku Wielkiego Kanionu w Williams cieszyliśmy się z 25
C. Może to zmiany temperatury, może zmiany wysokości, może zmęczenie pierwszym
dniem i słabo przespana noc, a może po prostu strach, który przyprawiał mnie o
mdłości, ale od samego rana byłam przerażona czekającym nas przemarszem przez
ścieżki Kanionu.
Najpierw spojrzeliśmy na Kanion z góry. Na jego dnie pewnie szumiała
rwąca rzeka Kolorado. Na górze nie słyszałam jej plusku. Między Bogiem a prawdą,
nie słyszałam nic. Nie wiem czy to możliwe, ale miałam wrażenie, że widok mnie
ogłuszał. Patrzyłam na poszczególne warstwy skalne i miałam świadomość, że widzę
przekrój przez paręset milionów lat. Patrzyłam na niepowtarzalne bogactwo
kolorów i kształtów i nie miałam nic do dodania. Patrzyłam na niego a on
patrzył na mnie. Przypomniało mi się Nietzscheańskie zaglądanie w otchłań. Musiałam oderwać wzrok. Do niczego
nie byłam mu potrzebna. Przede mną w tym samym miejscu stało milion osób, po
mnie będzie stał kolejny. W żaden sposób nie wpłynie to na niego, nie zmieni
jego kształtu, koloru, zapachu. Trochę jakby został stworzony sam dla siebie. Ktoś
powiedział: nic tu po nas. Poszliśmy.
Ekipa mówi, że jak zaczęliśmy schodzić na dół nie było tak
źle, jak się spodziewali. Dla mnie było chyba jeszcze gorzej. Podobno pogoda
była fajna - tylko jakieś 33 C, trochę wiatru, czasem trochę cienia. Im niżej
schodziliśmy do Kanionu, tym było jednak goręcej – czyżby wielka otchłań przeczyła
prawom fizyki? Jakikolwiek spacer po otwartym słońcu odbierał nam energię. Nie dawaliśmy
się przeskakując z jednej plamy cienia do drugiej. Na szczęście nie było
jakiegoś tragicznego tłumu, a ludzie, którzy razem z nami podziwiali i
zwiedzali Kanion znikali na ogromnej przestrzeni rezerwatu. Niewiele osób
mówiło nam cześć ;( Pod nogami śmigały moje ulubione chipmunki, szare wiewiórki
i nastroszone bluejaye, nad głowami przelatywały smoliste kruki. Zauważyliśmy,
że pył na ścieżce zmienił kolor z blado żółtego na bordowo czerwony. Ja już miałam
dosyć, Kasiuli kolano powiedziało pas, Maki uznał, że ok, że on by mógł
spokojnie jeszcze dalej i w ogóle, ale co tam odprowadzi nad na górę. Piotruś z
Małgosią zrobili jeszcze skok do pierwszej budki. Faktycznie łatwiej się
schodzi niż wchodzi. Po pięciu minutach miałam wrażenie, że serce bije mi
wszędzie – na łydce, obojczyku, czole. Maki potrzebował wycieraczek na oczki,
żeby widzieć drogę, a Kasia zaczęła śpiewać ;) Musieliśmy szybko wymyślić jakiś
lekki temat, żeby zająć czymś głowy. A Wy jak myślicie – jesteśmy raczej
wynikiem naszych genów, czy zdobytych doświadczeń? ;)
Na górze wypiliśmy hektolitry wody, zmyliśmy z siebie pył i odetchnęliśmy
z ulgą. Nigdy więcej już nie chcę tam schodzić. Wrażenie mogę porównać chyba
tylko do przeciskania się przez gorącą i duszną tubę. W każdym momencie czujesz,
że jeszcze sekunda i się zaklinujesz, a gorąc nie pozwoli Ci oddychać. Jakikolwiek
ruch zaś odbiera Ci energię i tylko przyspiesza koniec! Fuj. Jeśli kiedykolwiek
miałabym tam wrócić to tylko samolotem.





Aga - tak to opisalas, ze zmeczylam sie czytajac.......caluski!
OdpowiedzUsuńA ja się przestraszyłam i pomyślałam, że to musi być najgorsze miejsce na ziemi... Agnieszka nie chce iść dalej?! O co chodzi, o co chodzi.
OdpowiedzUsuńNo to mi się udało ;)Cieszę się, że możecie poczuć się tak, jakbyście tam z nami byli, a że czasem jest ciężko... bądźcie dzielni, będzie lepiej, ja już to wiem - dziś dodaję nową notkę.
OdpowiedzUsuńA co do tego, czy nie chcę iść dalej, to pierdziu, każdemu się zdarza ;)Trzymasz za mnie trochę kciuki?
No trzymam, trzymam, przecież! Nie czujesz? :)
OdpowiedzUsuńPS pewnie, że pierdziu - wiesz, że ja się cieszę, że pierdziu :)
Czuję bardzo, bardzo ;) Czy Ty wiesz jaka to przyjemność pisać mając takich czytelników?! ;)
OdpowiedzUsuń