Wciąż czuję się tutaj mocno oszukana. Mgła nie zwiastuje deszczu - mgła jest smogiem. Huk nie zwiastuje burzy, huk jest kolejnym samolotem odlatującym z pobliskiego lotniska. Przez moment wydawało mi się, że panowie śmieciarze są swojscy - budzą mieszkańców jak zwykle o 6 rano, ale i oni są jacyś inni - zamiast jeździć niebieskimi brudasami podjechali dzisiaj pod nasze okno transformersem z wyciąganą łapką i nie wysiadając z szoferki zabrali nasze śmieci. Kto to słyszał, żeby forwarderem oczyszczać miasto?!
Najgorzej jest jednak z domami. Wciąż wydaje mi się, że ściany są zbudowane z karton-gipsu, sztukateria z pianki montażowej, a reszta z płyty paździerzowej albo plastyku. Całość sprawia wrażenie kruchej i nietrwałej. Zastanawiam się, czy to zagrożenie trzęsieniem ziemi jest tak duże, czy po prostu, tak jak my kupujemy nową mikrofalę, bo nie opłaca się naprawiać starej, tak tutaj kupuje się nowy dom, bo nie opłaca się remontować starego.
Chyba nie jestem fanką rachitycznych rzeczy. Domy lubię ciężkie, z wypalanej cegły, buty skórzane, mężczyzn solidnych. Może dlatego też najlepiej się tutaj czułam w starodawnym budynku poczty, gdzie fasada nie była obłożona kamieniem, ale była z kamienia a półkoliste wnętrza sufitów w poszczególnych pomieszczeniach udekorowano ciężkimi, żelaznymi floresami. Dziś wyruszamy na obchód Kasinego uniwersytetu. Zobaczymy co tam zobaczymy ;)
całkowita racja, sztukaterie z pianki montażowej są najgorsze...
OdpowiedzUsuń