Dzis nareszcie moglismy pospac. Po sniadanku o 9 wyruszilismy
do latarni Pigeon Point. Latarnia polozona jest na koncu plaskiego polwyspu, co
Kasia uwaza za idealna lokalizacje. Przyjemnie zwiedzilismy otoczenie latarni, bo
sama wierza jest w naprawie, i po obfotografowaniu ze wszystkich stron, usiedlismy
na laweczce z widokiem na morze zeby zjesc troche owocow. Bylo super poza tym ze wialo jak pies i bylo
zimno (15 stopni Celsiusza). Nastepny w kolejnosci byl Point Montara, nieduza latarnia
na przedmiesciach San Francisco. Nic wielkiego, ale jednak latarnia morska. Poniewaz
pora byla pozno lanczowa, postanowilismy zaspokoic nasza chec na craby i
shrimpy. Zatrzymalismy sie w Fisherman’s Warf, miejscu pelnym morskich fujow, lodzi, i zapachu
morza, zeby zjesc obiad i polazic troche. Poszwendalismy sie po okolicy i
ruszylismy dalej na polnoc w poszukiwaniu noclegu blizszego kolejnych latarni. Jak
wjezdzalismy na most Golden Gate to widzielismy jedynie droge przed samochodem,
most ukryty byl we mgle. Zato polnocna strona poglaskala nasze twarze cieplym
sloneczkiem i tylko mgla przelewala sie prze gory. Po nastepnej serii zdjec,
zostawilismy wybrzeze i pojechalismy w glab ladu. Ustalilismy ze wazniejsze niz
nocleg bylo zjedzienie lodow, stad nasz pierwszy przystanek to byla lodziarnia
Coldstone. Schlodzeni i usatysfakcjonowani, szybko wybralismy dogodny hotel,
kupilismy prowiant na wieczor, i udalismy sie na zasluzony odpoczynek. I to
dopiero trzeci dzien?
Kasia i Wojtek
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz