poniedziałek, 13 sierpnia 2012

San Francisco


Dzis nareszcie moglismy pospac. Po sniadanku o 9 wyruszilismy do latarni Pigeon Point. Latarnia polozona jest na koncu plaskiego polwyspu, co Kasia uwaza za idealna lokalizacje. Przyjemnie zwiedzilismy otoczenie latarni, bo sama wierza jest w naprawie, i po obfotografowaniu ze wszystkich stron, usiedlismy na laweczce z widokiem na morze zeby zjesc troche owocow.  Bylo super poza tym ze wialo jak pies i bylo zimno (15 stopni Celsiusza). Nastepny w kolejnosci byl Point Montara, nieduza latarnia na przedmiesciach San Francisco. Nic wielkiego, ale jednak latarnia morska. Poniewaz pora byla pozno lanczowa, postanowilismy zaspokoic nasza chec na craby i shrimpy. Zatrzymalismy sie w Fisherman’s Warf, miejscu  pelnym morskich fujow, lodzi, i zapachu morza, zeby zjesc obiad i polazic troche. Poszwendalismy sie po okolicy i ruszylismy dalej na polnoc w poszukiwaniu noclegu blizszego kolejnych latarni. Jak wjezdzalismy na most Golden Gate to widzielismy jedynie droge przed samochodem, most ukryty byl we mgle. Zato polnocna strona poglaskala nasze twarze cieplym sloneczkiem i tylko mgla przelewala sie prze gory. Po nastepnej serii zdjec, zostawilismy wybrzeze i pojechalismy w glab ladu. Ustalilismy ze wazniejsze niz nocleg bylo zjedzienie lodow, stad nasz pierwszy przystanek to byla lodziarnia Coldstone. Schlodzeni i usatysfakcjonowani, szybko wybralismy dogodny hotel, kupilismy prowiant na wieczor, i udalismy sie na zasluzony odpoczynek. I to dopiero trzeci dzien?





















Kasia i Wojtek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz