czwartek, 2 sierpnia 2012

Ornitologiczne obserwacje


W Warszawie o piątej rano jest bardzo cicho. Z przyzwyczajenia wiec bezszelestnie otwieram laptopa, siadam po turecku na łóżku i czekam kiedy przyjdzie do mojego pokoju Ciocia, ale że ona coś nie nadchodzi to jest jeszcze ciszej. Dopiero po chwili docierają do mnie pohukiwania synogarlic i skrzeczenie srok za oknem i gwizdy drozdów i świsty kosów. Jestem w środku Warszawy, a jakbym była w środku lasu. Brakowało mi tego strasznie.
Początkowo nie wiedziałam na czym polegał problem. Każdego ranka z przyzwyczajenia otwierałam okno. Zamiast rześkiego powietrza do sypialni wpadała mi jednak tylko duszna cisza. To samo wieczorem. Wracaliśmy do domu albo hotelu w tej dziwnej pustce. Oczywiście huczała klimatyzacja okolicznych budynków, szumiały koła parkujących pickupów, syczały nawadniające trawniki sprinklery. Miasta i wsie żyły swoim ustalonym, głośnym rytmem, ale wciąż w tej dziwnej ciszy. I tak się zastanawiam, że słyszeliśmy chyba tylko trzy gatunki ptaków. 
Najczęściej dawały się zlokalizować Blue Jaye. Lubiłam te modre skrzekacze. Z jednej strony nieco mniejsze od naszej sroki, z drugiej trochę smuklejsze od sójki (tłumaczy się je jako modrosójki błękitne). Zwykle ciekawie spoglądały na ludzi przeskakując z gałęzi na gałąź. Czasem zatrzymywały się nieopodal chodnika, na krawężniku czy koło samochodu, patrzyły uważnie. A potem nagle, nie wiadomo dlaczego, z krzykiem uciekały w zarośla. Śpiewać nie śpiewały, raczej skrzeczały, gwarzyły, nawoływały się ponad krzakami. Sprytne były cholery. Patrzyłam niejednokrotnie jak rozłupywały orzechy zrzucając je z wysokości, albo podkradały smakołyki rzucane chipmunkom ;)
















































W miastach czasem jeszcze udało nam się zobaczyć Wróble, a może to były Mazurki. Przyznaję, że nie spojrzałam na plamkę na policzku, ale tak sobie myślę, że Mazurki to chyba najbardziej się trzymają Mazurów ;) Często spotykaliśmy jeszcze niewielkie trznadlowate albo kacykowate – małe, żółtoupierzone urwisy, które uwijały się głównie w bukszpanowych żywopłotach. Próbowałam im zrobić zdjęcie w Kolorado, kiedy pięliśmy się ścieżką do Opal lake, ale znikały w zieloności nim zdjęłam pokrywę z aparatu. Udało mi się tam natomiast uchwycić taką kurkę. Co to może być?



Nie próbowałam też robić fotek koliberkom. To chyba jedyne ptaki, które tutaj najpierw słyszałam a potem dopiero widziałam. Maleńkie to to i zawsze głodne. Drobiazg bzyczy i brzęczy kiedy zawisa w powietrzu wypatrując dorodnych różowych rododendronów, błękitnych jacarand i karminowych bugenwalii. Rzadko widywaliśmy koliberki siadające na czymkolwiek. Pamiętam je tylko na młodych agawach, bo sama się zdziwiłam, że są tak maleńkie, że mieszczą się między kolcami ;) Tak mi się przypomniało, że kiedyś widziałam je w fajnym ujęciu w sieci:

Przy jednej z rozmów koleżanka mi napisała, że dla niej Polska to żadne tam bociany, ale swojskie, robiące łi-łi jeżyki. Od tego czasu szukałam tych łukowatych czarnotek. Udało mi się jednak wyśledzić tylko rdzawoszyje jaskółki, i to tylko w Mesa Verde nad starożytnymi domami we wnękach skalnych. Nie robiły łi-łi, raczej coś w stylu wee-wee ;)
W Grand Kanionie ogromne wrażenie zrobiły na mnie kondory kalifornijskie - ogromne, z rozpostartymi na dwukrotną szerokość moich ramion skrzydłami, czarne plamy na tle niebieskiego nieba. Bez trudu unosiły się wraz z ciepłymi prądami nad warstwowymi, brunatnymi skałami kanionu. Zupełnie jakby wiedziały, że to ich teren i nic złego im się tutaj stać nie może. Olbrzymy nie były zainteresowane ludźmi, którzy pokazywali je sobie palcami, robili im zdjęcia, cmokali na ich widok. One po prostu były. Nie istniały bez kanionu, tak jak i kanion nie istniałby bez nich - ot dopełnienie idealne.














Z innych ptaków pamiętam jeszcze tylko dzikie indyki i kruki w Rocky Mountain. Te pierwsze po prostu przeszły nam przed samochodem całą gromadką i gulgając jakby nigdy nic stanęły na łące nieopodal. Drugich zaś było zatrzęsienie. Myślałam z zazdrością o tym, jak to w polskich Tatrach trzeba się naszukać czarnych błysków, a tutaj po prostu siedzą na każdym głazie ;)


Ostatnie skrzydlate, które widzieliśmy to cała gama nadmorskich podfruwajek. Oczywiście trafiliśmy na przerażająco wielkie mewy i skrzeczące rybitwy, ale też mieliśmy możliwość podglądania brunatnych pelikanów na plażach wzdłuż nadoceanicznej “jedynki” czy długonogich wyszukujących wszelakich wodnych żyjątek małych czaplątek (chyba to nawet szlamiki były) ;)


















Na koniec zagadkę mam dla Was. Udało nam się jeszcze cyknąć dwa ptaszki. Jak myślicie co to mogą być za gatunki?
















Dla tych, którzy dotrwali do końca notki mam jeszcze jedną fotkę. Niegrzeczną! Sami zobaczcie co za łamanie prawa się tu odbywa ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz