Wróciłyśmy do Warszawy jakoś koło południa. Minęłyśmy po drodze kilka stref czasowych. Na każdym z czterech lotnisk zegary pokazywały inny czas, więc i my w końcu zaczęłyśmy traktować je z przymrużeniem oka. Orientowałyśmy się tylko po wysokości słońca jaka to pora dnia i nocy. W tamtą stronę goniłyśmy zachód, a dzień dłużył się nam w nieskończoność - wyleciałyśmy o brzasku, a wylądowałyśmy o zachodzie dwadzieścia parę godzin później. W tę stronę sytuacja była odwrotna. W przeciągu tych samych dwudziestu paru godzin dwukrotnie widziałyśmy wschód słońca - jakbyśmy zmieściły dwa dni w przeciągu jednego.
Teraz próbujemy dojść do siebie po tych niecnych praktykach majstrowania z czasem. Każda z nas ma swój sposób na odnalezienie się w nowej rzeczywistości. Małgosia tuż po powrocie wsiadła na rower, potem na rolki, przed snem zrobiła jeszcze sto pompek i całą szóstkę weidera w godzinę. Ja wypiłam kawę i dzielnie trzymałam się do 21, kiedy to po prostu umarłam na śmierć. Dziś też jestem po dwóch kawach i jestem pewna, że o 21 znowu umrę. Jak tak dalej pójdzie to wszystkie płyny zamienię na kofeinowe. Mam nadzieję, że 3-4 dni i zacznę wypowiadać się składniej ;)
Spojrzałam w brudnopis i widzę, że zostało mi jeszcze sporo notek do załączenia. Zwykle są to dobrze przygotowane drafty, więc myślę, że powinnam dać radę je pozałączać w najbliższym czasie po pracy. Dodatkowo jest szansa na filmiki od Piotrusia, ale z tym na razie sza. Zobaczymy jak się Główny Balsamik obrobi z robotą. Mam nadzieję, że zostaniecie z nami zatem jeszcze przez jakiś czas.
To chyba też nie najgorszy czas na cząstkowe podsumowanie tego bloga. Dostaję od Was wiele informacji zwrotnych. Najczęściej są to negatywne komentarze. A to, że za notki za krótkie, a to, że dodawane tylko raz dziennie, a to że zdjęć za dużo i za dobre ;) Szczerze to nie spodziewałam się tak szerokiego i miłego odzewu ;) Dziś już wiem jaki był problem z dodawaniem komentarzy. Dziękuję Wam jednak bardzo serdecznie za to, że tak wytrwale śledziliście nasze wpisy i przesyłaliście swoje wrażenia mailowo, skype'owo a nawet smsowo ;) W sumie weszliście na stronę ponad 2,5 tysiąca razy! Spodziewałam się wejść z Polski, Stanów, Szwajcarii i Australii - w te strony świata bowiem wysłałam zaproszenie. Nie miałam natomiast pojęcia, że zdobędziemy również czytelników z Rosji, Bułgarii, Niemiec, Portugalii a nawet Francji i Malezji. Macie jakieś podpowiedzi co dalej zrobić z naszym pathfinderowym blogiem?
Droga Chalabalo - jak to milo wciaz czytac kolejne wpisy. Ciesze sie, ze nie zrazily Cie "negatywne" komentarze.
OdpowiedzUsuńMy tez przezywamy Wasz wyjazd z Loma Linda na swoj sposob - po obiedzie pijemy herbate, dziwiac sie co chwila "ale cisza, ale spokoj, naprawde nigdzie nie trzeba sie spieszyc?"
Caluski!