sobota, 11 sierpnia 2012

Disneyland – najszczęśliwsze miejsce na świecie

Szczerze? To nie chciało mi się tam jechać. A bo to dla dzieci na pewno, a bo to pod koniec pobytu nam wypadło i padnięta już byłam bardzo, a bo zwyczajnie mi się nie chciało. Kasia jednak przyszła do mnie wieczór wcześniej i mówi:
- Czy Ty się kiedyś ze mną źle bawiłaś?
- Jak to?
- Pamiętasz jak Cię namawiałam na tego jeszcze jednego drinka, w tej knajpie, co to ten chłopak...
- Dobra, dobra pamiętam już... choć jakoś przez mgłę.
- A jak Ci powiedziałam w Arrowhead, w tym górskim potoku, że woda nie lodowata, tylko rześka i że skakać można?
- Rześka cholera jasna!
- Albo wtedy co chciałam do Four Corners jechać, tam gdzie swojego dobrego duszka Cocopelliego znalazłaś. To dobrze Ci było?
- Do czego zmierzamy?
- No bo jutro to Ci mówię, że dobrze się będziesz bawiła.

I wiecie co? Jak zawsze miała rację! Spędziliśmy w Disneylandzie cały, boży dzień. Od samego rana po godzinę zamknięcia czyli północ. Dziś wiem już jaka jest różnica między filmami fabularnymi a animowanymi. Te drugie są prawdziwe ;) W Universal studio zobaczyliśmy kulisy kręcenia powodzi, wypadków samochodowych; tworzenie w mgnieniu oka całych miast na 100 m2. W Disneylandzie patrzyliśmy na reality show. Żadne bajki. Nie dajcie sobie wmówić, ze kreskówki to bajki. Ręczę słowem, że świat Disneya to najprawdziwsza prawda. Sama widziałam Myszkę Miki i Kaczora Donalda. Zobaczyłam co ma w lodówce Minie i jak się urządzili Chip i Dale. Z Goofim przybiliśmy sobie piątkę, a do Kubusia Puchatka wpadliśmy na podwieczorek. Zajrzeliśmy też z wizytą do Królewny Śnieżki, Piotrusia Pana i Pinokia. Ci ostatni obwieźli nas po swoich włościach kolejkami wąskotorowymi, albo pokazali swój świat z powietrznych statków. Inaczej było u Indiany Jonesa. Jedną ręką trzymałam się poręczy wózeczka, drugą zaś odpędzałam złe demony i piekielne węże, które atakowały mnie w Świątyni Zagłady. Umarłam jednak dopiero później - rollercoastery spadające w przepaść bez dna absolutnie nie są dla mnie. Czy wiecie jak po nich boli gardło?!
"Disneyland jest jak podróż Alicji na drugą stronę lustra. Przejście bram Disneylandu będzie jak wejście do innego świata" - mawiał kiedyś Walt Disney. Ja tam nie czułam się jakbym weszła do innego świata, raczej jakbym wróciła do domu, do czasu kiedy miałam kilka lat i kiedy wszystko mnie cieszyło, kiedy wszystko było nowe i niesamowite…






















Teraz kiedy piszę te słowa zastanawiam się, że oprócz ładnej opalenizny przywiozłam ze Stanów coś jeszcze;) Wszystko mnie cieszy a nowe rzeczy znów mają dla mnie pewną nowość. Dobrze znów odkryć w sobie coś z dziecka ;)

1 komentarz:

  1. ciesze sie ze sie podobalo tak bardzo! dla mnie tez, chociaz juz tam bylam kilkanascie razy, jest uczucie takie jakbym byla dalej dzieckiem i wszystko jest proste, i piekne, i zabawne :)

    OdpowiedzUsuń