sobota, 11 sierpnia 2012

Latarnie - podejscie pierwsze

Dzisiaj wyjechalismy w daleka podroz poKaliforni, w czasie ktorej zamierzamy zwiedzic rozne latarnie morskie, parki, i winiarnie. Wyjechalismy bladym switem, czyli o 8 (a raczej tak sie wydaje dla jednego Pathfindersa ktory zwykle wstawal okolo 9/10) bo mielismy dojechac do pierwszej latarni na 13. Spotkalismy sie z Marcinem na szybciutko przy kochanym Jamba Juice, gdzie po kupieniu smoothie i dostaniu karty wstepu do parkow narodowych ruszylismy w dalsza droge. Wywijalismy kretymi drogami przez kilka godzin, czasem miedzy gorami, ale glownie przy oceanie ktore szeptal do nas slowa ktore chlodzily nas mile po dwu-tygodniowej fali upalow. Po zatankowaniu w San Luis Obispo, doszlismy do wniosku ze nie zdazymy na 13, ale mamy szanse zdazyc na nastepne zwiedzanie o 14 wiec akurat przyjedziemy i pojdziemy. Po przybyciu na parking do latarni San Luis Obispo, Pani nas spytala o imie, ale zadne z naszych imion nie pasowalo do jej listy....na propozycje 'Kate' Pani zapytala 'Cabrillo? Murray?'. Okazalo sie ze trzeba bylo zarezerwowac miejsce na wycieczke, no i Pani nie moze znalezc nawet dwoch malutenkich miejsc dla nas. Na dodatek, latarnia jest polozona na terenie elektrowni atomowej, wiec bez 'obstawy' nie ma opcji zwiedzic, nawet terenu wokol latarni. Oczywiscie sama latarnia byla tak schowana, ze nie bylo jak jej sfotografowac nawet z drogi. Jadac dalej wzdluz morza dojechalismy do drugiej latarni, Piedras Blancas (Biale Skaly)...no prawie. Podjechalismy do bramy gdzie wjezdzaja wycieczki, ale okazalo sie ze zwiedzania sa tylko o 9 rano, a nie przez caly dzien jak bylo napisane w internetcie. Ku naszemu zadowoleniu, widzielismy latarnie z bramy i zrobilismy kilka fotek z daleka. Zaraz obok latarni jest miejsce gdzie foki i slonie morskie lubia wyjsc z lodowatej wody i polozyc sie na piasku zeby sie ugrzac. Zamiast zwiedzac latarnie, poszlismy wiec zobaczyc zwierzatka ktore byly bardzo chetne pozowac do zdjec jak zawodowe modelki i podobnie jak one pokazywaly swoje sliczne pyczscki. Po fotkach cofnelismy sie kawalek do znanego miasteczka Cambria. Tam przeszlismy sie sympatyczna ulica zrobiona na zabytkowa pelna "butykow", sklepow z pamiatkami, i restauracji. Znalezlismy pare ladnych miejsc i zrobilismy duzo fajnych fotek, poczym poszlismy na amerykanski obiad, skladajacy sie z soczystych zeberek i pysznej salatki. Po obfitym obiedzie, ruszylismy w strone hotelu dalej jadac wzdluz morza gdzie spotkala nas nadmorska warstwa wilgoci, ktora byla tak niska i gesta ze przypominala mgle. Jak to my, zrobilismy kolejne fotki i pojechalismy dalej. Nauczeni doswiadczeniami dnia, zdecydowalismy sie sprawdzic latarnie zaplanowana na jutro ktora i tak byla po drodze. I bardzo dobrze! Teraz wiemy ze jedyna szansa na zwiedzanie to byc tam jutro sporo przed 10 bo wpuszczaja tylko 40 osob dziennie. Do hotelu przyjechalismy o przyzwoitej 21 (znacznie wczesniej niz w trakcje poprzednich przygod) i przygotowalismy sie do nastepnego dnia ogladajac Olimpiade. Podsumowujac dzien mozna powiedziec ze z zaplanowanych dwoch latarni, widzielismy tylko jedna i to z daleka, a trzecia do ktorej 'podeszlismy' schowala sie z mgle.









Kasia i Wojtek

1 komentarz:

  1. Aga - rosnie Ci konkurencja.....
    Kasiu - milym zaskoczeniem jest dla mnie ze piszesz po polsku (poprzedni Twoj wpis byl tu po angielsku)
    Fajny reportaz - czekam na dalsze.

    OdpowiedzUsuń