sobota, 4 sierpnia 2012

4. lipca


Walczę ze sobą. Pisać się chce zwłaszcza rano. Wstaję kolejny dzień bladym świtem o piątej i nie mam co ze sobą zrobić. Przedwczoraj użyłam podstępu. Firankami pozasłaniałam okna. Kiedy obudziłam się o tej bezbożnej godzinie to mi się ośrodki współczulne uspokoiły, że przecież noc jeszcze i ciemno i śpij dziewczyno jak możesz. Do ósmej dało radę.  Wczoraj zakombinowałam, że dziś przecież sobota to i kapkę dłużej się wyspać mogę. Na dobry sen alkohol sobie zaordynowałam. W połowie Reddsa już spałam. I o której dziś wstałam? Punkt piąta! Co to za przeklęta godzina. Znowu wieczorem umrę marnie. I tak się zastanawiam, że jak wygrać nie możesz to się przyłącz może. A jakby tak normalnie wstawać i pisać trochę porankami? Szanse na powodzenie małe, zwłaszcza, jak się na wieczór z kimś umówię, a umówię się na pewno, bo już mnie nosi ;)
No tak tylko Mamunia mówi, że wakacje wakacjami, ale o takich codziennych rzeczach to wiesz strach pisać, bo to różni ludzie na tych Internetach czytają. I rację ma, ale co zrobić, jak od niepisania palce bolą?! A z drugiej strony wiem, że jeszcze niecierpliwie czekacie na notkę z Disneylandu i podsumowującą i jeszcze jedną ;) Dzisiejsza jednak będzie o 4. lipca.
Mija dokładnie miesiąc od tego amerykańskiego święta. Nie wrzuciłam wówczas notki, bo z jednej strony byliśmy już w przedwyjazdowej gorączce, a z drugiej nie zdążyłam pozbierać myśli. Miałam chyba jakieś silne wyobrażenie o tym święcie. Pamiętacie klimat „Cudownych lat”, a w nich amerykańskich filmów z dzieciństwa, takich nagrywanych z ręki z obowiązkowym zbliżeniem na twarz matki i ojca stojącego w ogródku przy trójczęściowym kombogrillu? No to właśnie tak widziałam to święto w moich wyobrażeniach. Grill był, ale upał nie pozwolił nam się nim cieszyć na dworze. Zabraliśmy zatem pieczone mięsiwa do klimatyzowanej jadalni. Wpadli znajomi. Obgadaliśmy wakacje. A wieczorem wyszliśmy na uroczyste obchody na stadionie.
Wylądowali spadochroniarze. Paralotniarze porobili swoje esy-floresy świecami dymnymi. Przedefilowała rodzina ubrana w dawne stroje autochtonów. Starsza kobieta zafałszowała hymn. Ludzie wstali. W pośpiechu zamykali coolboxy i przełykali ostatnie briskety. Nie śpiewali. Może słów nie znali. Znali natomiast słowa przysięgi wierności:

"I pledge allegiance to the flag of the United States of America, and to the republic for which it stands, one nation under God, indivisible, with liberty and justice for all."
("Składam przysięgę na wierność sztandarowi Stanów Zjednoczonych i republice, którą on reprezentuje. Jeden naród, a nad nim Bóg, naród niepodzielny, ofiarujący wolność i sprawiedliwość wszystkim".)

Maki tłumaczył mi, że przysięgę znają wszyscy, ponieważ to właśnie nią zaczynają się wszystkie lekcje w podstawówce i gimnazjum. Przypomniało mi się jak za gówniarza zaczynaliśmy lekcje sławetnym:

„Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze. Dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka była dla nas pożytkiem doczesnym i wiecznym przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Myślałam o tym, co państwo wdrukowuje nam w dzieciństwie. Wierności czemu uczy się nas jeszcze wówczas, kiedy nie potrafimy sami wybierać. Nie wiem, czy bardziej wolałabym być wierna sztandarowi i republice, czy Chrystusowi, Panu naszemu. Czy w takim razie moje państwo zrzekło się siebie na rzecz pożytku doczesnego i wiecznego?
Maki zauważył, że źle stoję. Położył mi rękę na sercu. Ta opadła jednak w okolice biodra. To nie był mój hymn i nie była moja przysięga. Z antropologiczną ciekawością patrzyłam na otaczających mnie ludzi. Dookoła stali głównie Meksykanie i czarni, i to oni najgłośniej deklarowali swoją wierność sztandarowi. Zastanawiałam się, jak dawno zeszli ze swoich nielegalnych tratw, wyszli z podziemnych kanałów i jak szybko wybaczyli temu państwu, że przez pierwsze 10 lat będą musieli się ukrywać, aby potem przechodzić upokarzający proces naturalizacji (czy tylko dla mnie to słowo brzmi zupełnie jak z „Seksmisji”?). Przysięga dobiegała końca, ręka nie wróciła na miejsce na sercu, udawałam, że obserwuję zachód słońca. Po co ktokolwiek miał widzieć, że bardzo tęsknię za moim krajem, który jeszcze dwa tygodnie wcześniej osiemdziesięciotysięcznym tłumem darł się, że jeszcze Polska nie zginęła?
A co było potem? Potem był piknik. Coolboxy znowu zostały otwarte, rodzice wygodnie rozsiedli się w swoich przenośnych krzesełkach, dzieciaki zaczęły podskakiwać bawiąc się biało-czerwono-granatowymi flagami, wstążkami, piłeczkami, koralikami, opaskami. Zakładam się, że procent kojarzył, że 4. Lipca to data ogłoszenia deklaracji niepodległości 13 kolonii Stanów Zjednoczonych od Wielkiej Brytanii. Wszyscy czekaliśmy już tylko na sztuczne ognie.
Tak, jestem dziecinna, uwielbiam fajerwerki ;) Pół godziny siedziałam z otwartymi ustami. Nad głowami rozbłyskiwały nam białe gwiazdy, smugi czerwonego światła przecinały niebo, granatowy deszcz spływał w rytm czwartolipcowych przebojów. Wracaliśmy po amerykańsku szczęśliwi.













































1 komentarz:

  1. A ja sie bardzo ciesze Chalabalo, ze nie mozesz dlugo spac.....bo piszesz! Taka jestem egoistka.
    Wujek natomiast skomentowal, ze pewnie nie spozniasz sie do pracy. Czy to prawda? Caluski!

    OdpowiedzUsuń