Jesteśmy w miejscu, gdzie wszystko nabiera nieco innej perspektywy. Koło mnie leży na ręczniku żona, moja żona, opala to i owo, wystawiając się na schowane za chmurami słońce, które dalej w jakiś sposób nas grzeje. Mamy inne spojrzenie, więc ryzykujemy i leżymy nie natarłszy się kremem do opalania. Wiaterek owiewający wyspę łagodzi temperaturę, ciekawe czy się nie przeliczymy.
Lot tutaj był inną perspektywą - obudzić Agę tak, żebyśmy zdążyli na samolot. Zdzierżyć kierowcę taksówki, który opowiadał jak to politycy to zwyczajne ścierwo. W sumie to nie wiem czy po prostu żałował, że też się nie nachapał. Na pokładzie samolotu steward czy inny flight assistant (z perspektywy poprawności), który średnio wykonywał swoją robotę, ale za to miał świetny głos do czytania reklam: "perfumy Hugo Boss dla panów, 100 ml, jedyne €29.90, możliwość płatności w złotówkach, euro lub kartą, prosimy przygotować drobne". Jeszcze trochę brakowało mu do pana z wiadomego sklepu z AGD i RTV. Na pokładzie tuż przede mną facet, Polak, z imperatywem zrobienia chociaż pół litra na głowę w trakcie lotu. Aż dziwne, że w samolotach nie ma specjalnej śluzy, z której takich delikwentów wystrzeliwuje się w przypadkowym kierunku. Mieliśmy też ładną stewardessę, dowód na to, że jednak te starsze i grubsze nie zdążyły zjeść wszystkich młodych i ładnych. W przeciwieństwie do służby zdrowia, gdzie te ładne są już tylko na plakatach.
Fascynujące są tutaj na wyspie miasteczka, budowane z widocznym planem w głowie przezarchitektów i osoby zarządzające przestrzenią miejską. Nieskomplikowany układ ulic, zadbanych, czystych ulic. Nienarzucające się architekturą domy - ciągle zgaduję które są mieszkańców, a które dla turystów. Te starsze miejscowości też mają swój urok. Oczywiście jest tam głównie kilka domów, muzeum produkcji lokalnego specjału, kremu czy serka, kilka restauracji i kościółek, który odbudowano po tym jak za bardzo kusił piratów do zahaczenia o wyspę w drodze na łowy. Ale trzeba przyznać, że takie położone w dolinkach osady działają na wyobraźnię i każą się zastanowić czy i jak inaczej można żyć.
Krajobraz iście księżycowy, drzewa tylko zasadzone ludzką ręką, tak samo trawa, pieczołowicie podlewana przed południem przez system zraszający. Tak to nieliczne palmy i sporo kaktusów. Ponoć nie ma tutaj większych kręgowców ani drapieżników, nie mają jak przeżyć. Ot, przypadkowy jeżyk pośród skał czy kot leniwie chowający się w cieniu przed słońcem. Przepraszam, są jeszcze kozy, bo zjedzą wszystko. No i dają mleko, z mleka jest ser, a kraina ma jakikolwiek produkt eksportowy. Widzieliśmy dzikie kozy w górach, skakały po skalistych zboczach. Pewnie trzymają się skał tylko krawędziami kopytek. Tak jak nasza Filimonka, która tańcząc poll dance wydaje się trzymać rury tylko kawałkiem pięty ;-)
Turystyczne miejsce - piękno miesza się z tandetą i absurdem, a oczywistości z niespodziankami. Do bajecznie błękitnego oceanu wchodzą ludzie w rozmiarze "supersize me". Ci sami ludzie przy hotelowym basenie unikają jak ognia animacji i ruchu, chyba że jest pora na zrobienie własnoręcznie sangrii.
Na pierwszy rzut oka nastolatka lat 15 kolejnego dnia ma jednak z 23 lata i całuje się w basenie ze swoją dziewczyną.
W naprawdę dobrym hotelu obsługa to latynosi albo czarni bez znajomości angielskiego.
Trójka ludzi w granatowych wdziankach, pogodnych, znających co najmniej cztery języki każde, prowadzi animacje, które musi poprzedzić taniec rodem z amerykańskiego show. Tak, ta melodia po trzecim razie wżera się w mózg.
Nad naprawdę dobrze pomyślanym basenem na dachu hotelu, z którego rozpościera się widok na całą okolicę, siedzą cztery Angielki w rozmiarze XXXXL, jedna bez stanika, rubasznie opowiadając o wypitych dziś ośmiu drinkach na głowę. Potem idą do jacuzzi, gdzie podziwiają wspomniany, podskakujący teraz biust i zastanawiają się nad prozą życia: "czemu żaden mnie nie chce?". Bo nie mógłby jej objąć?
Po deptaku przy lokalnym centrum handlowym spacerują głównie Niemcy i Brytyjczycy, turyści, czasem słychać język polski. Pośród nich przechadza się Wietnamka z zabawkowymi mieczami świetlnymi i wiatraczkami ze świecącymi wirniczkami. Albo czarnoskóry pan w najwyraźniej za małej czapce (nie mieści się na głowie), za małych spodniach (nie mieszczą się na tyłku), ale z dobrym pomysłem na biznesik ("kup pan kartę ode mnie").
W małych knajpkach dla Brytyjczyków duże ekrany wyświetlają jakiś mecz. Najwyraźniej "nasi" wygrali, bo po dwóch godzinach, kiedy wracamy z plaży, w Irish Pubie trwa dobra impreza. Byliśmy tu dzień wcześniej na smoothie, mamy hasło do wifi, oboje podkradamy Internety wracając codziennie z plaży siedząc na pobliskiej ławce i idziemy dalej.
Niemcy po prostu cieszą się otoczeniem, młodzież angielska bluzga na czym świat stoi podczas spaceru po promenadzie. Aga zmęczyła się, siedzimy chwilę na ławce przy tejże, piękny widok na sztucznie stworzoną zatokę, port i plażę, w dodatku już się zmierzcha. Kawałek dalej gruźliczo kaszląca pani na wózku inwalidzkim odbiera od pchającego ten wózek faceta zapalonego papierosa.
Ładnie na tej wyspie, naprawdę cieszę się, że tu przyjechaliśmy i możemy odpocząć. Tego nam było trzeba od dłuższego czasu.
Żonę opaliło na delikatny brąz, nawet nie bardzo musi się smarować. Ja jestem dziś z Czerwonej Planety z jednego powodu więcej. Jutro wypad na piaszczyste plaże na południu :-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz