Ze śniadania wykradam bakalie. Robię to, bo wiem, że potem będę wolała zjeść na deser daktyle i suszone banany niż ciężkie ciasto ze śmietanowym kremem, a może po prostu nie mogę oprzeć się zapachowi świeżych fig, moreli i rodzynek. Niezależnie od powodu wykradam je i już.
Dziś zatem siedzę na balkonie, skubię bakalie i przeprowadzam "Operację kaktus". Wczoraj na wycieczce znalazłam owocujący krzak sukulenta. Jak głupia wzięłam do ręki dwie pomarańczowe kulki i zaniosłam do samochodu, żeby pokazać Markowi. Nie zdążyłam położyć na półeczce samochodu, kiedy poczułam, że całe dłonie mam w drobniuteńkich, niewidocznych na pierwszy rzut oka igiełkach. Jakbym gołymi rękoma przynisła kawał waty szklanej. Męczyłam się z tym całe popołudnie. Dziś zatem przyszedł czas spłaty. Przecięłam owoc na pół. Wewnątrz miał miąższ z drobniutkimi pesteczkami. Pyszny;) Zupełnie jakby ktoś zrobił dżem wewnątrz kaktusa. Mam nadzieję, że sukulenty nie mają nic wspólnego ze śmiercionośnymi cisami i ich pestki nie są trujące. Chyba łyknęłam z jedną czy dwie;) Ta moją ciekawość mnie kiedyś zabije.
Rozejrzałam się po ulicy. W porze sjesty trudno o kogokolwiek na środku rozgrzanego aż do migotania asfaltu. Nawet leniwy kot z naprzeciwka okresowo zaprzestał miarowego machania smolistym ogonem. Nie jeżdżą samochody, nawet te funkcyjne. Jest absolutnie cicho. Wszyscy śpią w swoich jednakowo klimatyzowanych pokojach. Patrzę na wysokie krawężniki i zastanawia mnie momentalnie, jak jest tu czysto. Jest sucho i lepko oczywiście. Wszędzie osiada ten specyficzny brud pustyni - suchy, niedający się zmyć pył obsiadającym wypłowiałe na słońcu parapety i balustrady. Nie ma jednak niedbale rzuconych papierosów, puszek czy innych papierów. I oto budzi się we mnie przekora.
Marek śpi, niczego zatem nie zauważy. Rozglądam się jeszcze raz, upewniam, że nie będzie świadków mego haniebnego czynu i, zupełnie nie wiedząc dlaczego, rzucam na środek ulicy pestkę ze śliwki. Żeby jeszcze gdzieś w krzaki albo pod wysoki krawężnik, ale nie... pestka ląduje wprost na środku asfaltu. Błyszczy się teraz bezczelnie w słońcu. Nie daje o sobie zapomnieć. Wiem, że dopóki nie wyschnie, dopóki nie spłowieje, zauważy ją każdy. KAŻDY! A wzrok każdego obróci się w niemym wyrazie absurdu na balkon trzeciego piętra hotelu.
Ale nie ma nikogo, kto mógłby wymierzyć mi srogie, karcące spojrzenie. Jest tylko podłużna, coraz bardziej niknąca wśród plam po oleju pestka na asfalcie. Patrzę na nią, jak na kosmicznego, powieszonego za nóżkę, nieżywego wróbla z żywopłotu Witkaca, jak na nieuchronnie bitą wazę Dostojewskiego, cynaderkę Joyce'a czy absurdalną magdalenkę Prousta. Wiem już, że z niezrozumiałych powodów rzucona na asfalt pestka, dołączyła do niebanalnego grona absurdów tego świata.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz