Przez ten tydzień mieliśmy trochę czasu. Zastanawialiśmy się przez moment, co się zmieniło wraz z zrzuceniem welonu i muszki. Marek mówi, że teraz już nie spotykamy się ze sobą, a ze sobą jesteśmy. Nie patrzymy na swoje działania, a bierzemy za siebie na wzajem odpowiedzialność. I nie spotykamy się na chwilkę, a na chwilkę tylko rozstajemy.
Ja widzę, że odblokowałam w sobie jakieś skryte pokłady emocjonalne. Jakby były we mnie tajne skrzynie wyładowane złotem - skarbem przeznaczonym tylko dla jednej osoby. Nie boję się już powiedzieć czegoś więcej, nie boję się już założyć czegoś mniej. Swobodnie rozmawiam z obcymi mężczyznami. Nie może mi się nic złego stać - w końcu stoi za mną mój mąż;)
I jeszcze jedno. Zawsze wydawało mi się, że małżeństwo to już koniec drogi. Że ludzie pobierają się wówczas, gdy są siebie pewni, gdy nic ich już nie zaskakuje i wiedzą, że dalej już zawsze będą ze sobą. Dziś patrząc na obrączkę wiem, że to dopiero początek i że to droga, na której nie ma jasno określonego celu, pobocza, ani kierunku. Każdego poranka, w każdym mgnieniu oka wytyczamy we dwoje kierunek. Bierzemy się za ręce i próbujemy przez chwilę iść w jakaś stronę. Czasem kończy się na ściśniętych ustach, a czasem na wesołym śmiechu. Małżeństwo podzielone na dni, chwile, momenty mija momentalnie, trzeba wciąż żywo reagować na zmiany kierunków. Ma ktoś jakąś busolę pożyczyć? ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz