niedziela, 26 maja 2013

Kraków wciąga

Udało nam się wyskoczyć na weekend do Krakowa. Zdałam sobie sprawę, że nigdy tam nie byłam i tym prędzej zapisałam się na krótką listę Kingi.
Przygotowania były szybkie. Pakowanie, pranie, sprzątanie, pieczenie szarlotki... O 4:30 pobudka i o 6 pociąg do Kraka. Na miejscu już na nas czekało troje znajomych. Kawa, tosty, krótkie ustalenia co robimy i... okazało się, że mamy ciut inny pomysł na spędzenie tego weekendu. Kinga ze znajomymi narzuciła sobie ciężkie zadanie wypicia choć po jednym piwku w każdej napotkanej knajpce. Ja z kolegą postanowiliśmy coś zwiedzić. Z ciężkim sercem rozstawałyśmy się pod Prowincją, gdzie pani dzwoniła na mnie łyżeczką, żebym odebrała swój posiłek.
Na dzień dobry musiałam liznąć nieco topografii. - W centrum jest Stare miasto. Od północy okala je zgodnie z kierunkiem zegara Kleparz, Grzegórzki, Wesoła, Kazimierz i Podgórze, Dębniki i Ludwinów, najbardziej na zachód zaś jest Nowy Świat, Półwsie Zwierzynieckie i Zwierzyniec i Bielany, gdzie będziemy jutro - kolega mówił cichutko, jakby zdradzał mi największy sekret. Budował płynne, pełne zdania. W szkatułkowej budowie nie gubił pauz-nawiasów, w podrzędnie rozbudowanych drzewach składni nie zapominał o przecinkach. Zapadały mi w pamięć trudne słowa i zgrabne wyrażenia. W miarę opowieści stare kościoły, wypełniały się zapachem kadzidła, na kamiennym bruku słychać było dudnienie kół niegdysiejszych dorożek, skrzypiały okiennice zamykane przez mieszczki i szeleszczały suknie książąt. Zajrzeliśmy do pastelowych, barokowo wykończonych naw w kościele świętej Anny, stanęliśmy oszołomieni bogactwem kolorów i kształtów przed trójołtarzem Wita Stwosza w kościele Mariackim, przyklękliśmy, zapomniawszy jednak co chcieliśmy wyznać, w gotyckich konfesjonałach u Dominikanów. Miasto wciągało nas powolutku. Przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Widziałam zdziwienie w oczach Wszechmogącego na witrażach u Franciszkanów; chyba oboje inaczej się sobie wyobrażaliśmy. Kamienice starego miasta pachniały tym odwiecznych, spokojem grubych, dających chłód murów i wypalanych na słońcu czerwonych dachówek. Na wąskich Plantach dawały cień miłorzęby i tulipanowce, rozkwitały białe i czerwone kasztanowce, jakaś para całowała się na dzień dobry, chyba długo się nie widzieli od wczoraj.
Wdrapaliśmy się na Wawel. W katedrze jak w kalejdoskopie przewijały mi się przed oczami alabastrowe rzeźby i marmurowe nagrobki. - Tu leży Jan Olbracht, a tu Jadwiga, król Łokietek i Kolanko, księżna burgundzka i cypryjska. Zwróć uwagę na zielonkawe arrasy i rzeźbione stalle, finezyjnie złocone architrawy i niecodzienny układ witraży – mówił i mówił a mi zaczęło wirować w głowie. Zwróciłam uwagę na wszystko, największą zaś na małą tabliczkę z napisem WYJŚCIE. Byłam głodna, zmęczona, wyściskana przez dziki, falujący tłum i przesycona wrażeniami.
Rozłożyliśmy się nad Wisłą. Chapnęliśmy szarlotki i popatrzyliśmy w niebo. Promenadą jechały dziewczyny na rolkach, trzymały za ręce, śmiały słonecznie. Sternik od „Jagienki” nawoływał do rejsu po rzece. W bezwietrznej pogodzie fale cicho chlupotały o burty i uregulowane brzegi. Doszłam do wniosku, że Wisła zawsze będzie robiła na mnie wrażenie. Nawet jeśli będzie krakowska.
Zaklekotaliśmy japonkami po Kazimierzu. Na Skałce życzyliśmy młodym najlepszego na nowej drodze życia, w kościele Bożego Ciała patrzyliśmy, jak kurz wiruje wokół złotej barki ambony. Chciałam na dłużej zatrzymać się w dzielnicy żydowskiej, ale tylko minęliśmy wtopione w ciąg kamienic synagogi, zakręciliśmy się na rynku, przebiegliśmy wzrokiem nieznane, hebrajskie litery i przez dziurę w płocie zajrzeliśmy na kirkut. Nie zdążyliśmy napatrzeć się na ukrytego pod grubą szubą ortodoksyjnego Żyda, bo już byliśmy na kładce w drodze na Podgórze. Traciliśmy dech pnąc się pod górę – niech nikt mi nie mówi, że Kraków jest płaski. Zakradliśmy się do zabytkowego fortu, looknęliśmy na miasto znad kamieniołomu i znów zaczęliśmy się wspinać, tym razem na kopiec Kraka.
Czasem najlepiej się zwiedza nigdzie nie łażąc. Leżeliśmy na zielonej trawie, wystawiliśmy buzie do słońca, patrzyliśmy na lekko przymglone: Babią górę, Mogielicę, Pilsko, wciąż białe od śniegu Tatry… Odpoczywaliśmy. Miękko zatapiałam gołe stopy w chłodnej trawie. Chyba byłam szczęśliwa ;)









2 komentarze:

  1. Cześć! Niezły plan wycieczki, ale nie widzę zdjęć z Podgórza i kopca? Kraków jest magiczny i piękny. Niedawno udało mi się zrealizować moje odwieczne marzenie i kupić mieszkanie od Koneser Group w kamienicy na Kazimierzu! Szkoda, że tak krótko tam byliście, bo Kazimierz jest jakby osobnym miastem w mieście, któremu zdecydowanie warto poświęcić więcej uwagi. Może przy następnej wycieczce? :)

    P.S. Jak się zakończył plan Twojej koleżanki na jedno piwo w każdej knajpce? Kto był w Krakowie ten wie, że całe centrum to knajpka przy knajpce, więc taki scenariusz może mieć ciekawe zakończenie hehe Pozdrawiam z Krakowa!

    OdpowiedzUsuń
  2. Już opowiadam jak było z tym piwkiem ;) Oczywiście nie udało się wypić w każdej knajpce, ale myślę, że te najbardziej klimatyczne mam zaliczone :)->np. dym, warsztat, alchemik, kuźnia sztuki (?)itp :)

    I jeszcze errata: w planie było posmakować Krakowa zarówno od strony kulinarnej, jak i alkoholowej :) Poza tym chciałam poczuć atmosferę Krakowa :)I udało się!

    OdpowiedzUsuń