- Aga, a może w góry? - Kinga zadzwoniła jakoś późno wieczorem w czwartek.
- Mnie nie musisz namawiać. To co we czworo: ja, Ty, Paweł i Gośka? Pojedziemy furką w sobotę rano, wrócimy jakoś niepóźno w niedzielę wieczorem. I tylko żeby niedaleko, bo i w portfelu trzy zera i nie ma co się zmęczyć podróżą. Świętokrzyskie?
- Jak dla mnie idealnie.
Wyjechaliśmy o czasie. Po drodze zajechaliśmy jeszcze na 2 minutki zapalić dziadkowi w Raszynie lampkę. Po drodze mijaliśmy jesień. Pola się wyzłacały, brzozy szeleszczały na żółto, gdzie nie gdzie czerwieniły się sumaki i jarzębiny. A więc jednak udało się;) Wyskoczyłam jesienią w góry! A już się pogodziłam z myślą, że pierwszy raz od wielu lat nie poczuje zapachu mokrego, nagrzanego późnym słońcem lasu, nie zobaczę niepowtarzalnych kolorów i nie rozpędzę wzroku na szczycie. Świętokrzyskie to nie był szczyt marzeń, ale lepszy rydz niż nic.
Miejscówkę w Bodzentynie znaleźliśmy wyborną: wolno stojący domek z czystą łazienką, osobną kuchnią, czterema łóżkami i kominkiem.
Przeszliśmy się lasem do św Katarzyny. Pachniało zmurszałym poszyciem, mokrym próchnem i blaszkowymi grzybkami. Zaszumiało mi w głowie, rozbuczało bukowiną i zatrzepotało leszczyną. Są chwile skończone, kiedy nic nie potrzeba, a wszystko wystarcza.
Wieczorem chapnęliśmy ciepły rosół i pastę z czerwonym sosem - zestaw wyborny pod zmrożony procent i dobrze wysuszone drewno kominkowe. Były żelki i śmiechy i poważne dysputy nad wyższością cudzysłowów niemieckich nad francuskimi...
Ranek przywitał nas mglisty i łagodny. Zdobyliśmy Łysicę i grzbietem najstarszego polskiego pasma zawędrowaliśmy na Łysa górę. Trafiliśmy wprost na moment podniesienia eucharystii w klasztorze św. Krzyża. Na szlaku przydały nam się termosy z gorącą herbatą i gorzkie czekolady. Nie mogliśmy się nagadać. A to o pomysłach na następne wyjazdy, a to o obecnych, byłych i przyszłych chłopakach, a to o fantazjach, marzeniach i snach, o wszystkim i o niczym. Byliśmy szczęśliwi tym specyficznym rodzajem szczęścia, kiedy to nie ma się nic oprócz wrażenia że można wszystko. Czysta potencja ;)
Wieczorem szybko złapaliśmy stopa, a potem i busa. Ogarnęliśmy domek, łyknęliśmy jeszcze po misce i gotowi do drogi zapięliśmy pasy. Po godzinie czasu wisieliśmy na tych pasach do góry nogami.
Wszystko działo się w ułamku sekundy, a ja pamiętam to jak w zwolnionym filmie. Droga przez 30 km była zupełnie prosta, a potem niespodziewanie, skręciła pod katem prostym w prawo. Nie było świateł, nie było znaków, kiedy się zorientowałam było już jednak za późno. Mimo hamowania i skręconej kierownicy nie zmieściłam się w zakręcie. Pamiętam tylko migający za oknem krajobraz, a potem rów, przewracanie się samochodu na bok, a potem na dach. To nie prawda, że w takiej chwili życie przelatuje przed oczami. W takiej chwili traci się kontakt z rzeczywistością i docierają do nas tylko niektóre bodźce: łoskot gniecionej blachy, cisza wewnątrz samochodu i zadziwiający głos, który po chwili dopiero okazuje się naszym własnym: żyjecie? Momentalnie zaroiło się od ludzi. Próbowaliśmy zrozumieć co się stało, dlaczego wciąż jesteśmy do góry nogami, gdzie odpina się pasy, skąd tu tyle szkła, dlaczego nadal gra muzyka, skoro przed chwila słyszeliśmy jedynie blachę i jeszcze kim są ludzie dookoła i... co teraz. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się że wciąż trzymam za rękę człowieka, który pomógł mi się wydobyć z samochodu. Po drugiej chwili zaczęłam reagować na kierowane do mnie pytania. Popatrzyłam na nasza czwórkę. Wszyscy żyliśmy, nikt nie miał nic złamanego, nawet małego zadrapania czy siniaka. Cud jakiś. Mężczyźni pomogli nam obrócić samochód z powrotem na koła, a potem przetoczyć do najbliższego gospodarstwa (Wie pani, co by ludzie nie rozkradli, a policja mandatu nie wypisała). Podrzucili nas też 20 km dalej do miasteczka, gdzie kursował pociąg. Przyjechał po nas jednak Tata i bezpiecznie już odtransportował do domu.
Dopiero następnego dnia w pracy się rozpłakałam. Jola mnie przytuliła a ja się rozpłakałam na dobre. Dopiero wówczas dotarło do mnie, co się mogło stać i że to się nie stało. Dopiero wiele godzin później przestałam kompulsywnie odtwarzać w myślach klatka po klatce wczorajszy film. Dopiero wówczas poczułam się bezpiecznie i spadło na mnie znużenie Przez tydzień nie spotykałam się z nikim, prosto z pracy szłam się umyć i do łóżka Nie mogłam się skupić na prostych rzeczach, nie potrafiłam podjąć najprostszych decyzji. Maki o mnie pamiętał Maciek dzwonił codziennie, rodzice wspierali, brat zagadywał, a mi i tak siadło na psychikę.
Kolejny raz uszłam z życiem kolejny raz coś zostało mi odebrane, kolejny raz dostałam kolejną szanse. Dlaczego? Po co? Jestem już tym zmęczona. Coraz trudniej mi się zbierać po takim rozsypaniu. Coraz ciężej mobilizować do działania, do życia pełnią życia, do snucia planów o kolejnej wycieczce na koniec świata, o swoim mieszkaniu, przyszłej rodzinie, biznesie, namiętnościach .. Tydzień czasu zajęło mi dojście do wniosku, że może nie warto płakać za tym, co odchodzi, a raczej warto patrzeć, jak wiele miejsca wówczas się pojawia na coś nowego. Wciąż myślę jednak, że mogłam już się z nikim nie spotkać, nie moc powiedzieć tych wszystkich słów, które w sobie mam, nie móc podziękować, nie moc powiedzieć kocham...
Dziś jadę do Berlina. Już wcześniej nagrałam i opłaciłam ten wyjazd. Spróbuję tam troszkę odpocząć. Napisze i stamtąd.
- Mnie nie musisz namawiać. To co we czworo: ja, Ty, Paweł i Gośka? Pojedziemy furką w sobotę rano, wrócimy jakoś niepóźno w niedzielę wieczorem. I tylko żeby niedaleko, bo i w portfelu trzy zera i nie ma co się zmęczyć podróżą. Świętokrzyskie?
- Jak dla mnie idealnie.
Wyjechaliśmy o czasie. Po drodze zajechaliśmy jeszcze na 2 minutki zapalić dziadkowi w Raszynie lampkę. Po drodze mijaliśmy jesień. Pola się wyzłacały, brzozy szeleszczały na żółto, gdzie nie gdzie czerwieniły się sumaki i jarzębiny. A więc jednak udało się;) Wyskoczyłam jesienią w góry! A już się pogodziłam z myślą, że pierwszy raz od wielu lat nie poczuje zapachu mokrego, nagrzanego późnym słońcem lasu, nie zobaczę niepowtarzalnych kolorów i nie rozpędzę wzroku na szczycie. Świętokrzyskie to nie był szczyt marzeń, ale lepszy rydz niż nic.
Miejscówkę w Bodzentynie znaleźliśmy wyborną: wolno stojący domek z czystą łazienką, osobną kuchnią, czterema łóżkami i kominkiem.
Przeszliśmy się lasem do św Katarzyny. Pachniało zmurszałym poszyciem, mokrym próchnem i blaszkowymi grzybkami. Zaszumiało mi w głowie, rozbuczało bukowiną i zatrzepotało leszczyną. Są chwile skończone, kiedy nic nie potrzeba, a wszystko wystarcza.
Wieczorem chapnęliśmy ciepły rosół i pastę z czerwonym sosem - zestaw wyborny pod zmrożony procent i dobrze wysuszone drewno kominkowe. Były żelki i śmiechy i poważne dysputy nad wyższością cudzysłowów niemieckich nad francuskimi...
Ranek przywitał nas mglisty i łagodny. Zdobyliśmy Łysicę i grzbietem najstarszego polskiego pasma zawędrowaliśmy na Łysa górę. Trafiliśmy wprost na moment podniesienia eucharystii w klasztorze św. Krzyża. Na szlaku przydały nam się termosy z gorącą herbatą i gorzkie czekolady. Nie mogliśmy się nagadać. A to o pomysłach na następne wyjazdy, a to o obecnych, byłych i przyszłych chłopakach, a to o fantazjach, marzeniach i snach, o wszystkim i o niczym. Byliśmy szczęśliwi tym specyficznym rodzajem szczęścia, kiedy to nie ma się nic oprócz wrażenia że można wszystko. Czysta potencja ;)
Wieczorem szybko złapaliśmy stopa, a potem i busa. Ogarnęliśmy domek, łyknęliśmy jeszcze po misce i gotowi do drogi zapięliśmy pasy. Po godzinie czasu wisieliśmy na tych pasach do góry nogami.
Wszystko działo się w ułamku sekundy, a ja pamiętam to jak w zwolnionym filmie. Droga przez 30 km była zupełnie prosta, a potem niespodziewanie, skręciła pod katem prostym w prawo. Nie było świateł, nie było znaków, kiedy się zorientowałam było już jednak za późno. Mimo hamowania i skręconej kierownicy nie zmieściłam się w zakręcie. Pamiętam tylko migający za oknem krajobraz, a potem rów, przewracanie się samochodu na bok, a potem na dach. To nie prawda, że w takiej chwili życie przelatuje przed oczami. W takiej chwili traci się kontakt z rzeczywistością i docierają do nas tylko niektóre bodźce: łoskot gniecionej blachy, cisza wewnątrz samochodu i zadziwiający głos, który po chwili dopiero okazuje się naszym własnym: żyjecie? Momentalnie zaroiło się od ludzi. Próbowaliśmy zrozumieć co się stało, dlaczego wciąż jesteśmy do góry nogami, gdzie odpina się pasy, skąd tu tyle szkła, dlaczego nadal gra muzyka, skoro przed chwila słyszeliśmy jedynie blachę i jeszcze kim są ludzie dookoła i... co teraz. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się że wciąż trzymam za rękę człowieka, który pomógł mi się wydobyć z samochodu. Po drugiej chwili zaczęłam reagować na kierowane do mnie pytania. Popatrzyłam na nasza czwórkę. Wszyscy żyliśmy, nikt nie miał nic złamanego, nawet małego zadrapania czy siniaka. Cud jakiś. Mężczyźni pomogli nam obrócić samochód z powrotem na koła, a potem przetoczyć do najbliższego gospodarstwa (Wie pani, co by ludzie nie rozkradli, a policja mandatu nie wypisała). Podrzucili nas też 20 km dalej do miasteczka, gdzie kursował pociąg. Przyjechał po nas jednak Tata i bezpiecznie już odtransportował do domu.
Dopiero następnego dnia w pracy się rozpłakałam. Jola mnie przytuliła a ja się rozpłakałam na dobre. Dopiero wówczas dotarło do mnie, co się mogło stać i że to się nie stało. Dopiero wiele godzin później przestałam kompulsywnie odtwarzać w myślach klatka po klatce wczorajszy film. Dopiero wówczas poczułam się bezpiecznie i spadło na mnie znużenie Przez tydzień nie spotykałam się z nikim, prosto z pracy szłam się umyć i do łóżka Nie mogłam się skupić na prostych rzeczach, nie potrafiłam podjąć najprostszych decyzji. Maki o mnie pamiętał Maciek dzwonił codziennie, rodzice wspierali, brat zagadywał, a mi i tak siadło na psychikę.
Kolejny raz uszłam z życiem kolejny raz coś zostało mi odebrane, kolejny raz dostałam kolejną szanse. Dlaczego? Po co? Jestem już tym zmęczona. Coraz trudniej mi się zbierać po takim rozsypaniu. Coraz ciężej mobilizować do działania, do życia pełnią życia, do snucia planów o kolejnej wycieczce na koniec świata, o swoim mieszkaniu, przyszłej rodzinie, biznesie, namiętnościach .. Tydzień czasu zajęło mi dojście do wniosku, że może nie warto płakać za tym, co odchodzi, a raczej warto patrzeć, jak wiele miejsca wówczas się pojawia na coś nowego. Wciąż myślę jednak, że mogłam już się z nikim nie spotkać, nie moc powiedzieć tych wszystkich słów, które w sobie mam, nie móc podziękować, nie moc powiedzieć kocham...
Dziś jadę do Berlina. Już wcześniej nagrałam i opłaciłam ten wyjazd. Spróbuję tam troszkę odpocząć. Napisze i stamtąd.






Aga - jaki piekny poczatek tego wpisu, jak zwykle piszesz poetycko i wspaniale. Ale to co stalo sie potem- to juz nie do wiary. Ciesze sie tylko, ze jestescie cali i zdrowi. Pan Bog jednak czuwa caly czas nad Toba. Sciskam bardzo, bardzo mocno.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńPan Bóg to musi mieć dla mnie jakąś niezłą misję, że tak mnie trzyma przy sobie ;)
OdpowiedzUsuńCiociu dziękuję za słowa otuchy. Dziękuję też wszystkim innym, z którymi mogłam się podzielić akcją Lot nad Świętokrzyskimi. Chciałabym już wyrzucić ją z pamięci. Nie idzie mi to na razie za dobrze. Wciąż potrzebuję jeszcze trochę czasu. Może pomysłem jest wyskoczyć na weekend na Mazury? ;)