Trzeci dzien podrozy rozpoczelismy troszeczke pozniej - czy to moze jeszcze kwestia tej zmiany strefy czasowej? Zahaczylismy o koncowke sniadania i ku zadowoleniu Piotra, po zaledwie paru minutach balsamikowania wyjechalismy z Pecos. Pobralismy bezyne, juz tradycyjnie na wypatrzonej stacji Shell'a, gdzie biala Beta wygladala dosc uroczo na tle niekonczacych-sie plaskich obszarow oraz flotylli brudnych truck'ow ktore jezdzily wszedzie. Ewidentnie wiekszosc biznesu w tym rejonie jest nakrecane ropa - jedyne budynki jakie byly widoczne to przerozne warsztaty, stacje bezynowe i hotele.
Kilka bitych godzin jechalismy przez pastwiska studni naftowych, gdzie pompy wygladaly jak pasace sie krowy ktore tylko czasami podnosily glowy od czerpania z ziemi energii. Po przejechaniu polowy dzisiejszej drogi, czyli po czterech godzinach jazdy w ktorych pokonalismy prawie 320 mil, zatrzymalismy sie na kolejnej stacji bezynowej, gdzie spotkala nas i charakterystyczna goscinnosc Teksan'ow i tez ciekawosc zaopatrzenia takich lokalnych postojow. Byla tu masa upominek z roznych uniwersytetow w Teksasie, pol-metrowe krzyze wykonane z drewna i ozdobione niesamowita iloscia roznych elementow, oraz dziwaczny "sprzet" do polowania.
Coraz wiecej takich niespodzianek nas czekalo im blizej znajdowalismy sie dzisiejszemu celu - czyli miastu Plano, ktore polozone jest troszeczke na polnoc od Dallas. Kolejnym zdumieniem byla przyczepa pelna czaszek i rogow jakis krow czy bykow, wiezionych niewiadomo gdzie i po co. W Plano odwiedzamy przyszywana rodzine - czyli polskich znajomych naszych rodzicow i ich synow, Alka i Marka. Dojechalismy lekko przed zmrokiem i poszlismy na pyszne sushi, po czym mlodziez oddzielila sie aby kontyuowac wieczor na miescie.
Pojechalismy najpierw na go-karty z znajomymi Alka ktorzy obchodzili urodziny, a o dziwo na same wspomnienie zasiasca za kierownica po 8-godzinnej jezdzie przez najprostrza i najnudniejsza czesc naszej podrozy, z Piotra zniknelo zmeczenie. Przejechaliśmy sie pare razy po torze, gdzie kazdy stopniowo poprawial swoj czas az zaczeli sie dolaczac do naszych wyscigow "szwedzi". Niepokonanym mistrzem byl oczywiscie Piotr. Poszlismy jeszcze na piwo z coraz to mniejsza grupa znajomych, az zdecydowalismy zaledwie o 12ej zakonczyc impreze i przygotowac sie do ostatniego dnia jazdy.
 |
| Poranne tankowanie - az sie balismy ze zabraknie bezyny na taki maly bak jak nasz... |
 |
| Teksas... |
 |
| Pojawialy sie spontanicznie tez pola wiatrakow - ale zawsze ich bylo duzo i w loso-wybranych miejscach. |
 |
| To no lewej to podniesione krzeselko dla polujacego, a te podwyzszone beczki napelnia sie jedzeniem np. dla jeleni, ktore mozna zdalnie wypuszczac z zbiornika - chcac oczywiscie zwabic zwierze do wygodnie siedzacego "polownika" |
 |
| Ciekawy towar... |
 |
| Sushi i nie tylko! |
 |
| Pole bitwy |
 |
| Piotr, walczacy o "pole position" |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz