Wczoraj nareszcie przyjechali panowie z drzwiami. To chyba jest jakaś reguła, że jeśli pracuje trzech to jeden jest rezolutny i robi za trzech, drugi głównie jara szlugi i podaje narzędzia, a trzeci łazi za inwestorem rozciągając zasłonę dymną. Który jest który, da się poznać już po pierwszych trzech zdaniach. Od pierwszego słyszę zwykle: Te listewki mogę przyciąć na 5 albo 10 cm. Jak Pani woli? Drugi najcześciej rzuca wyuczonymi żartami-komunałami typu: Pani kochana, jak się popieści to się wszystko zmieści rech, rech, rech. A trzeci, zwykle najgrubszy i najgłośniej domagający się kawy, ogranicza się do zasłaniania sobą pola widzenia i zapewniania z prędkością karabinu maszynowego: Będzie Pani zadowolona, będzie Pani zadowolona, będzie...
Nie inaczej było i wczoraj. Panowie uwijali się dobre trzy godziny. Efekt? Pięknie dopasowane kolorystycznie drzwi, które wszędzie leżą jak ulał. Wszędzie prócz łazienki. Nad framugą wytropiłam półtora centymetra zostawione specjalnie dla dziko hulającego wiatru. Już czuję ten zimny powiew przy wychodzeniu z wanny. Okazuje się, że Pan mierniczy coś źle zmierzył, skutkiem czego dorobi i zamontuje, już na własny koszt, ćwierćwałek w kolorze framugi. Będzie pięknie i nikt nawet się nie domyśl, że dodatkowe obramowanie to nie wynik mojej estetycznej fantazji ale praktycznej potrzeby. Ups, chyba za dużo czasem piszę;)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz