piątek, 21 grudnia 2012

Roraty na koniec świata

O 6 rano w zimie w Warszawie jest bardzo cicho. Ludzi jeszcze nie ma, samochodów jak na lekarstwo. Śnieg wygłusza kroki wśród zasp, przytupywanie z zimna na przestankach a nawet wydaje się, że i szepty w autobusie. Nic jeszcze nie zwiastuje poranka. Przymykam oczy w pustym metrze.
W zupełnie ciemnym kościele po omacku szukam ławki, trzaskają zapalane na ołtarzu świece, szurają po posadzce zaspane buty, chrząkają nierozgrzane gardła. Wchodzący ludzie wnoszą ze sobą kolejne ogniki. Monotonna, radosna melodia Godzinek wznosi się pod kopułę wraz z dymem i gorącymi oddechami.
Przez chwile jest spokojnie. Odpoczywam. Pod powiekami mijają mi obrazy zamglonych gór, wschodów na pielgrzymkach, bezpiecznych powrotów do domu.
Chwila zadumy i już jest jasno. Światło dostaje się najpierw do bocznej nawy, by już za moment wypełnić sobą cała przestrzeń. Szkoda, źe tak trudno mi rano wstawać. Roraty to dobry pomysł na początek dnia.


2 komentarze:

  1. Like, like, like.......<3, <3,<3
    Wstyd przyznac, ale ja nigdy nie bylam na roratach.

    OdpowiedzUsuń