- ... a najfajniej to było jak pojechałem z siostrą na Krym. Ludzie tam serdeczni. Nie dojedli arbuza, to nam do stolika przysłali...
Wyruszyliśmy o 7 rano, za oknem było - 7 stopni, do plecaka wrzuciłam tylko 7 najpotrzebniejszych rzeczy (później miałam podliczyć, że chodziliśmy w sumie całe 7 godzin). Na górze wydrukowanej mapy widniał pisany wersalikami napis KAMPINOS. Rolami podzieliliśmy się już kiedyś: ja jak zwykle zapewniałam prowiant, on jak zwykle prowadził. Lubię to, on też to lubi. Chyba.
Śnieg miarowo chrupał nam pod nogami, przesłaniające nieco usta szaliki szroniły się momentalnie, szeleściliśmy zimowymi spodniami i narciarskimi kurtkami. Szliśmy i gadaliśmy, o wszystkim i o niczym, śmialiśmy się i zamyślaliśmy, snuliśmy plany i denerwowaliśmy na siebie, a las nie pozwalał nam o sobie zapomnieć.
- ...jeszcze trochę w prawo, no jeszcze, nie bój się nie wpadniesz do bagna, przecież fest zamarzniete, nie mieścisz mi się w kadrze, no jeszcze troszkę...
Nie narzucaliśmy tempa, nie spieszyliśmy się nigdzie. Zastanawiałam się, jak to jest, że samo łażenie może sprawiać taką przyjemność. Przecież to tylko synchronizowanie ruchów z oddechami. Prawa, lewa, prawa... Wbijane w ścieżkę kijki podrywały się zostawiając za sobą smugi sypkiego śniegu. Biały puch osypywał się z butów, nie moczył nawet sznurówek. Mroźne powietrze dostawało się do płuc. Świeże, czyste, bez zapachu wirowało upajająco w głowie. Pod rumieńcami znikły piegi, usta nabrały zdrowego koloru. Poruszyłam ciężkimi sosnowymi gałęziami. Niepowtarzalne w kształcie śnieżynki nieodwracalnie zmieniły się na rozgrzanych policzkach w gorące krople wody.
- ...a wyobrażasz sobie tutaj przenocować, tak w nocy z łosiami i dzikami? Rozbić namiot, rozpalić ognisko, upiec kiełbaskę...
Skończyliśmy kanapki, kliknęłam termos i wtedy to usłyszałam. Las się wyciszał. A może on wyciszył się już setki lat temu, a my dopiero teraz, jak wielu przed nami, zaczynaliśmy słyszeć jego ciszę. Śnieg wygłuszał nawet myśli. Czy to możliwe? Zero finkowania, zero zmartwień, uniesień, radostek, po prostu cisza. Niewyobrażalna, kojąca nerwy, dająca przestrzeń, ciesząca i napełniająca energią. Teraz, jak o tym myślę, to zastanawiam się, że przecież musiałam słyszeć dzięcioła i dźwięki ściąganych pasków od plecaka, swój oddech i bicie serca. Wówczas jednak tego nie rejestrowałam, jakbym nareszcie znalazła się w najbardziej naturalnym ze środowisk. Napotkałam jego ciekawe oczy i uśmiechnęłam się lekko. Jak wytłumaczyć, że nic nie słyszę i się z tego cieszę? ;)
- ...myślę o takim jednym norweskim projekcie. Jeśliby przeszedł, to na cztery lata miałbym ciekawe zajęcie...
Po obu stronach ścieżki rozciągała się puszcza. Drzewa czasem zachodziły na siebie tworząc nieprzebyty gąszcz, czasem zaś oddalały wpuszczając światło na ścieżkę. Mijaliśmy zryte przez dziki miejsca i gładkie polany zielonych jagodzin. Droga momentami prowadziła szerokimi leśnymi duktami o rozległych skrzyżowaniach, momentami zaś wąskimi, pełnymi korzeni ścieżynkami pośród mokradeł. Mamiły nas dopiero co skute lodem bagna i wciągające oczka na grzęzawiskach. Wiedzieliśmy, że nie wolno nam opuścić grobli, bo raczej nie wrócilibyśmy już na kolację do domu, ale ten szept był tak pociągający:
-... no chodź, wejdź na oczko. Zobacz, możesz przejść z niego na następne. Przeskoczysz, jak w grze w klasy. Lubisz przecież leśne jeziorka. Wejdź dalej. Na końcu znajdziesz tlące się bladym światłem ogniki. Wejdź tylko jedną nogą...
Na drzewach migały nam szlaki: czerwony, niebieski, żółty. Po drodze spotykaliśmy kolejnych twardzieli: gościa na biegówkach, emerytki z kijkami, chłopaka podającego swojej dziewczynie gorący obiad, długowłosą na koniu. W dwóch trzecich trasy zajrzeliśmy na cmentarz w Palmirach. Rzędy krzyży przyprószył biały śnieg. Między katolickimi kanciastymi krzyżami odnajdywaliśmy kolejne żydowskie macewy. Wysoko powiewała biało-czerwona flaga.
Zupełnie nie zorientowaliśmy się, kiedy kolory zaczęły blaknąć, a cienie wydłużać się. Już po zmroku doszliśmy do ośrodka w Laskach. Do surowego, drewnianego kościoła weszliśmy akurat na moment podniesienia w czasie adoracji. Stopem wróciliśmy na Młociny.
-...wiesz, że przeszliśmy około 30 km...
Nie wiedziałam. Obiad zlewał mi się w kolorową mozaikę, herbata wypełniała ciepłem od środka. Nareszcie czułam, że odpoczęłam.
![]() |
| Pokaż Kampinos we dwoje na większej mapie |


























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz