Niektóre tematy dojrzewają we mnie powoli. Część rodzi się z własnych przemyśleń, część wynika z rozmów z otaczającymi mnie ludźmi. Ostatnio rozmawiałam wiele ze znajomymi. Mamy podobne problemy, więc i rozmowa często schodzi na podobne tematy. Wzięliśmy na tapetę finanse. "Mini sondę" zrobiłam na 10 znajomych. Wszyscy jesteśmy singlami, mamy co najmniej wykształcenie wyższe, mieszkamy poza domem rodzinnym, mamy około 30 lat i praca, która wykonujemy nie jest naszą pierwszą. Wyszło mi, że zarabiamy między 1600 a 3500 zł. Życie (mieszkanie, jedzenie, net, telefon, dojazdy) natomiast kosztuje nas średnio 1500 zł. W ramach dodatkowych wydatków, jak jeden mąż, wymieniamy: sport, jedzenie na mieście, piwo ze znajomymi, wakacje i... psychologa. Tego ostatniego nie wymieniły tylko 2 osoby. I tak mi się to zaczyna składać w ciekawą całość.
Coś jest nie tak z moim pokoleniem. Wśród pokolenia moich rodziców ludzie też chodzą do psychologów, ale są to sporadyczne przypadki (choroba alkoholowa, nieumiejętność poradzenia sobie ze śmiercią współmałżonka, przewlekła choroba, etc.). My zwykle zmagamy się ze zwykłą depresją.
Zapytałam pokolenie wyżej, jakie mogą być tego przyczyny. Powiedziano mi, że "w dupach nam się poprzewracało". I to jest racja. Możemy wszystko. Tanie loty za granice zaczynają się od złotówki, możemy studiować i pracować w każdym miejscu niezależnie od naszych preferencji politycznych czy pochodzenia rodziców, sklepowe półki uginają się pod ciężarem oferowanych dóbr, a my raczej mamy trudność z wyborem niż dostaniem towaru.
Powiedziano mi, że nasze cele są różne od celów pokolenia naszych rodziców i o wiele trudniejsze do zrealizowania. Rodzice nie troszczyli się o pieniądze, które każdego dnia przedstawiały inną, choć zawsze znikomą, wartość, nie troszczyli się o prace, która była na każdym rogu, niemożliwe do dostania paszporty, o wykupowane za bezcen mieszkania ... Pragnęli siebie na wzajem, pragnęli rodziny, dzieci, kontaktu ze znajomymi. Czego mu pragniemy? Skoro możemy mieć wszystko, to wszystkiego też chcemy. Chcemy ajfonow, wyjazdów, mieszkań.... Chcemy stałej pracy, dzięki której będziemy mogli osiągnąć nasza mała stabilizację.
Powiedziano mi wreszcie, że nie mamy żadnego celu. Okupacja się skończyła i nie mamy już z kim walczyć, komunizm się skończył i nie mamy komu stawiać oporu, dziki kapitalizm... oh wait. Czy możemy stawić czoło dzikiemu kapitalizmowi, który powoli przemiela nas w swoich żarnach? Może możemy. Najpierw musielibyśmy jednak wyjść spod naszych kocy i kupić niezłe garnitury, żeby dostać wreszcie pracę, która da nam naszą małą stabilizację. Ach cholera pieniądze na garniak poszły już na psychologa...
bardzo madre przemyslenie....tez o tym ostatnio myslalam. moze nie dokladnie to samo, ale cos podobnego co sie wiaze z naszym pokoleniem. widac ze nasze pokolenie lubi przeslac rzeczy :)
OdpowiedzUsuńW Polsce nie ma kapitalizmu, a juz na pewno nie dzikiego. A poza tym wszystko sie zgadza :)
OdpowiedzUsuńW Polsce nie ma kapitalizmu, a juz na pewno nie dzikiego. A poza tym wszystko sie zgadza :)
OdpowiedzUsuń