W Warszawie połowa marca a za oknem regularna zima. Śmieliśmy się z kolegą z pracy, że wymodliliśmy jeszcze okazję do biegówek. Faktycznie warstwa puchu dochodzi już do 10 cm, a i temperatura przez ostatnie kilka dni wciąż na eleganckim minusie. Biegać nie umierać ;)
Z tym ostatnim tylko kłopot. Znów kataruję i pobolewam i marudna się robię. W zeszłym miesiącu w gorączce widziałam smoki. W tym postanowiłam przeciwdziałać znacznie wcześniej. Trzy razy dziennie więc łykam jakieś zielone i białe i żółte tabletki, wieczorem piję miód z imbirem i staram się wysypiać. Jak na razie nic-nie-robienie idzie mi zaskakująco dobrze.
Niemniej dość już mam ciągłego bujania się po lekarzach, faszerowania się lekami i marudzenia w robocie. Kolejny raz powtórzyłam schemat: kończę ważny projekt, przestaje pracować po dziesięć na dobę i wyczerpany organizm zaczyna szaleć. Kolejny raz zatem się przemęczyłam, nie rozwiązałam codziennych stresów, zapomniałam o higienizacji pracy. Znów muszę się rozpisać na płaszczyzny i przyjrzeć się sobie uważnie. Chociażby w lustrze ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz