czwartek, 17 kwietnia 2014

Luby Lublin

Zakochałam się w Lublinie. To jest jedna z tych miłości pierwszych, tych do których wracamy nieskończoną ilość razy i które za każdym razem cieszą tak samo. Przyjechałam tu w porze, kiedy kwitną wiśnie, pachnie pierwszą, skoszoną trawą, kiedy ludzie uśmiechają się do długo wyczekiwanego słońca. Przyjechałam dzień po tym, jak się przeprowadziłam. Byłam zmęczona na amen. Zestresowana, zagoniona, do bólu zaplanowana i rozzadaniowana. Byłam pełna Warszawy. Przez pierwszy dzień tutaj przechodziłam tylko na czerwonym świetle - nie mogłam sie doczekać na zielone. Przez tydzień szkolenia przeszłam z milion kilometrów i nareszcie poczułam, że wróciłam do domu. Zupełnie jakbym powinna być dokładnie w tym miejscu i o tej porze. Trochę jakbym dogoniła siebie. Dziwne tylko, że żeby się dogonić musiałam zwolnić. Złapałam miejsce, gdzie Uroboros połyka swój ogon. To miejsce bynajmniej nie było przede mną. Fascynujące;)

1 komentarz: