sobota, 3 października 2015

Kanary, Kanary

Człowiek budzi się i uświadamia sobie, że jutro będzie zasypiać w swoim łóżku. Ciekawa perspektywa po dwóch tygodniach poza domem. Aż zastanowiłem się co będzie się dziś i jutro działo.

Akurat dzisiaj jest proste - basen przy hotelu, opalando jednej strony. Potem obiad, drobny odpoczynek, plaża, pływanie i opalando drugiej strony - brakuje tylko takiej wielkiej łapki do przewracania jak mięsa na patelni, żeby nas przerzuciła. Trzeba też popływać w oceanie - taka forma pożegnania z Atlantykiem. Brakuje tylko tropikalnych pań w kieckach z liści palm, tańczących hawajskie rytmy. Albo hiszpańskie? Taki tam drobny synkretyzm kulturowy i myślenie życzeniowe.

A jutro? Z rana pobudka, szybkie śniadanie i lot do domu, żeby zdążyć przed wieczorem. Zakupy, bo lodówka pusta. Odwiedziny u rodziców, bo Aga stęskniła się za maminymi obiadami (i jest szansa na serniczek dla mnie). Pranie całej masy ciuchów z soli. No i wcześniej położyć żonę spać, bo na pewno odleci w objęcia Morfeusza. Gdzieś po drodze kawa, dobra, smaczna, gorąca kawa (z cieciorki, żeby móc później zasnąć). Nie wiedziałem, że w Hiszpanii, gdzie tak sobie cenią kawę, można podawać taką lurę. Za tym tęsknić nie będę. Za szumem oceanu, bryzą, basenem, wstawaniem o 9 i lodami straciatella do obiadu tak, ale nie za kawą.

Na pewno też nie za turystycznym wyzyskiem - "zrobić Panu zdjęcie? 5 sztuk tylko 10 euro"; "wycieczka na Lanzarote?" Jasne, 80 euro, w tym świadczeń za 50, frytki na obiad jako regionalny produkt (dla niewtajemniczonych - tutaj nie rosną ziemniaki), kawa na koszt własny. Żeby nie było, że tylko narzekam - Lanzarote polecam: piękne krajobrazy, dobre słodkie wino, w smaku prawie jak miód pitny, niesamowita wycieczka śladami spustoszenia po erupcjach wulkanicznych. Ponoć te wulkany wybuchały przez kilka lat, nieprzerwanie. Pozostawiły całe pola zastygłej lawy - tej płynącej szybko i tej wolniejszej. Zresztą, po co się spieszyć, przy temperaturze 500+ st. C pewnie tej lawie nie zależało, i tak spaliła po drodze 14 wiosek. Byliśmy w parku narodowym - do tej pory od skorupą skał płynie tam magma, temperatura miejscami na głębokości 20 cm to 70 st. C. W ramach parku funkcjonują też stacje robiące eksperymenty - pan nalewa wody do rurki i po kilku sekundach rurka robi za sztuczny gejzer. Domyślacie się zdziwienia gapiów jak na ich cenną elektronikę spada drobny deszcz - sam się dałem złapać. No i działalność Cezara Manrique - przepiękna. Zbudował prawdziwą, częściowo podziemną oazę. Zastanawiające tylko, że tak się go tu słuchali, że obecnie wszyscy budują dom tak jak on chciał. Niesamowita władza i zaufanie ludu. Nic tylko studiować surrealizm, a potem zostać dyktatorem swojej małej, bananowej republiki.

W każdym razie - powoli żegnamy błękitny ocean, otyłych pensjonariuszy hotelu i pustynię. Trzeba sprawdzić czy w bagażu nie ukryła się żadna wiewiórka chcąca uciec na kontynent. Rano tryumfalnie przetniemy opaski all-inclusive, kończąc areszt hotelowy. Kawo, chlebku, wi-fi - wracamy;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz